Czego się boisz?

Strach to tylko jedno słowo, a liczba tematów i historii, które rodzi, jest niezmierzona. Porozmawiajmy o nim.

Swego czasu zapytałem czytelników strony “Gorektyw” czego się bardziej boją: psychopatów (świat materialy) czy duchów (to co niepoznane, obce, nierealne[?]). W chwili, gdy piszę ten tekst, wynik to 58 oddanych głosów, 33 na psychopatów, 25 na duchy.

Co z tego wynika? Strach przed nierealnym, którego nie potrafimy poznać, zrozumieć i co za tym idzie – zwalczyć jest silny, ale ostatecznie przegrywa z obawą, że ktoś obok może okazać się tykającą zegarową bombą i pod płaszczem normalności skrywać odrażające pasje. Oczywiście sonda przeprowadzona w wąskim gronie przyjaciół lubiących grozę nie jest miarodajna odnośnie szerszych grup – ale wystarczy by zainspirować się do pisania.

Najbardziej pierwotne i jednocześnie niezbędne odczucie towarzyszy nam od dzieciństwa, wraz z dorastaniem zmieniają się obiekty naszych lęków. Wraz z powiększaniem się plecaka doświadczeń potwór spod łóżka musi ustąpić miejsca kredytowi hipotecznemu, a duchy w szafie przegrywają z malutkim guzkiem wewnątrz ciała… który może stać się zabójczym nowotworem. Dorosłe strachy (jakkolwiek mniej poetyckie) deklasują skutecznie pełen magii świat dzieciństwa. To oczywiście u tych wszystkich, którzy je mieli, bo obawiam się, że dzieciaki z na przykład ogarniętej straszliwą wojną Syrii, uciekinierzy z Birmy, głodujący w Sudanie, lub walczący o jakąkolwiek szansę dla siebie w fawelach Ameryki Południowej, mają zupełnie inną paletę straszydeł – jak najbardziej realnych.

Dla mnie strach jest uczuciem, z którym żyję od zawsze. Także i u mnie zmieniały się jego obiekty. Zmieniało się też to, co robię z tym strachem. Ten pierwotny impuls, głęboko zapisany w naszym genotypie, pozwala nam przetrwać, ale i inspiruje, choć przecież tak często potrafi także obezwładnić i sparaliżować. To potężna siła i motor, z którego wynika wiele naszych działań. Ośmielę się stwierdzić, że strach może być równie ważną siłą w życiu człowieka co miłość. Może to właśnie one ścierają się w naszych głowach od narodzin do śmierci? Nie wiem.

Jakiś czas temu rozmawiałem ze znajomym psychiatrą o rozbrajaniu gniewu, znalezieniu sposobu by w razie sporu nie poddać się zalewającym oczy i rozsądek emocjom, nie skłócić się z całym światem, a z drugiej strony też nie odreagowywać potem na sobie samym. Opowiedział mi o metodzie opartej na prostym pytaniu. Nasza wściekłość w sporach z innymi ludźmi bardzo często napędzana jest jakąś formą strachu, zatem za każdym razem gdy naprawdę się wścieknę powinienem zadać sobie pytanie “czego się boisz?” Docierając do korzeni własnego strachu łatwiej jest się zrozumieć i poskromić emocje, które mogłyby doprowadzić do nieodwracalnego. Oczywiście nie brakuje osób, które świetnie czują się w konfliktach i konfrontacjach, ale ja do nich nie należę, odreagowuję potem bardzo długo. Zatem to jedno proste pytanie rozbrajające bombę w moim wypadku działa dobrze, zanim wybuchnę staram się znaleźć zapalnik i go zgasić. To nie oznacza biernej zgody na coś, co jest przeciw nam. Przeciwnie, pozwala na spokojnie się z tym zmierzyć, najczęściej skuteczniej niż w gniewie.

Oglądając i czytając horrory także rozbrajam bomby strachu wewnątrz swojej głowy. Choć niektórzy znajomi zastanawiają się, czy właśnie takimi treściami nie podkopuję swojego zdrowia, to po latach stwierdzam, że nie – groza pozwala mi oswajać lęki i je kanalizować. Bywa katartyczna, gdy po przerażającym filmie wracam do rzeczywistości i przestaję ją demonizować na siłę. Mam jednak swoje granice, jak pewnie każdy. Oglądanie filmów o duchach czy psychopatach nie jest dla mnie problemem (co najwyżej może znudzić gdy nie przekona mnie fabuła lub zmęczy bezsens), za to seans kronik filmowych z II wojny światowej, egzekucje zakładników ISIS, pastwienie się nad więźniami we wszystkich wojnach świata – to dla mnie za dużo. Z filmów fikcyjnych, które dotknęły mojej osobistej granicy wymieniam zawsze dwa: “Salo. Sto dwadzieścia dni Sodomy”, który widziałem 2 razy i po raz trzeci nie zamierzam, oraz “Begotten”. Pierwszy przeraził mnie realizmem, historia jest tak sugestywnie pokazana i zaczepiona w realiach, że przemoc staje się dla mnie równie realna, a tym samym nie do zniesienia. Drugi natomiast przeorał moją głowę straszliwą mitologią świata, w którym życie urodziło się z niewyobrażalnego i niezrozumiałego cierpienia. Okrucieństwo w obu filmach nie ma żadnego usprawiedliwienia, zaczepienia, sensu – to zło w czystej formie dla samego zła. Czarna dziura. Nihil.

Czy to oznacza, że nie boję się na innych filmach? Oczywiście, że nie! Podskakuję na jump-scare’ach, wciskam się w fotel gdy napięcie wolno się sączy, nerwowo naciągam kołdrę oglądając w domu i przytulam się mocniej do Kapitana Jonesa (kot). Jednak te dwie produkcje zostawiły w głowie ślad na zawsze. Nie one jedyne (końcówka “Hellraiser V”, “Shutter”, “Ju-on”, “Kairo”), jednak te dwa najsilniej. Na tyle mocno, że tej samej nocy po seansie wróciły w postaci koszmarów.

Koszmary senne to osobny i fascynujący temat. Przez wiele lat, od szkoły podstawowej, prowadziłem pamiętnik snów. Zapisywałem każdy, który udało mi się po przebudzeniu zapamiętać. Na początku częstotliwość była spora, potem w okresie wzmożonej pracy i studiów spadła do minimum (3-4 wpisy rocznie). W ciągu ostatnich 2-3 lat nastąpił proces odwortny. Snów jest tak wiele, że przestałem zapisywać, bo zwyczajnie bym się nie wyrobił z normalnym życiem. Co noc pojawiają się, są barwne i niestety – od około 2 lat to prawie wyłącznie koszmary. Ich siłą napędową są, co nie dziwi zupełnie, własne lęki, przepracowane i nieprzepracowane wyrzuty sumienia i tym podobne. Procesy porannych przebudzeń, dzięki głodnemu Kapitanowi, który domaga się wydzielenia porcji, są prawdziwą ulgą. Przestałem zapisywać, bo jest ich dużo, bo nie zawsze chcę je pamiętać, bo zdaję sobie sprawę, że nie są niczym innym jak oczyszczaniem się mózgu, porządkowaniem zaśmieconych dysków twardych. Może kiedyś znajdę w sobie zapał, by na ich podstawie zacząć pisać opowiadania lub większe formy, ale do tego raczej daleko. Można jednak śmiało powiedzieć, że od paru lat prawie codziennie budzę się szczęśliwy, że rzeczywistość jest inna niż ta w snach. Szkoda tylko, że obudzenie się zlanym potem nie oznacza, że w nocy przeszedłem fizyczne trening i na przykład dzięki temu schudłbym w ten sposób te kilkanaście zbędnych kilogramów. Cóż, nie można mieć wszystkiego.

We wszystkich swoich postaciach strach, choć bardzo nieprzyjemny i niepożądany (jestem miłośnikiem i oddanym obrońcą strefy komfortu), potrafi być inspirujący i rozwijający. Przy pewnej dozie skupienia możemy z własnego wyczytać wiele o swoim charakterze i rządzących nami impulsach. Może nawet je kontrolować i się zmieniać na lepsze? Tego nie wiem, powiem Wam za kilkanaście lat. O ile ktoś z Was mi oczywiście o tym przypomni.

A Ty, czytelniku lub czytelniczko, czego się boisz?

B.