Wrzuć monetę. Dużo monet

Na początku tego tygodnia miałem zupełnie inny pomysł na tekst (nie ma problemu, powstanie na kolejną sobotę), jednak wypad do kina z przyjaciółmi na “Ready Player One” zmienił zupełnie moją koncepcję. Nie będzie to recenzja, nie będzie spoilerów. Jednak obok tego obrazu trudno mi przejść obojętnie.

“Ready Player One” to ekranizacja powieści Ernesta Cline, której nie przeczytałem do tej pory, ale z pewnością po nią sięgnę. To historia graczy, o graczach i dla graczy. Nawet polskie tłumaczenie filmu obfituje w wyrazy żargonu uczestników sieciowych rozgrywek. Samej fabuły jest tu niewiele – prosta opowieść o świcie, gdzie rzeczywistość jest okrutna, a ludzie masowo wybierają emocjonalną emigrację do świata gry sieciowej “Oasis”, której zmarły twórca ma status bóstwa. Zła korporacja chce grę przejąć (czeli de facto przejąć kontrolę nad światem, bo ten jest ważniejszy od realnego), przeciwstawia się jej grupa młodych przyjaciół. Jest też czas na klasyczny 80s-owy morał (jak w kreskówkach) o tym by jednak pożyć naprawdę, bo to ważniejsze. Tyle przedstawienia.

Obejrzałem, przyjemnie, akcji mnóstwo. Zdjęcia, tempo, kolory, grafika komputerowa na najwyższym poziomie, chylę czoła. Więc co jest nie tak? Po takim wstępie przecież musi nastąpić cios. Owszem, słusznie przewidujecie.

Kluczem filmu są nawiązania, są w każdym kadrze, czają się w zakamarkach scenografii, kostiumów, tekstów i tekstur. Są dosłownie wszędzie by wzbudzać w nas przemiłe mrowienie – jak dobrze nas reżyser zna, jak fajnie, że pamiętał o tym, co nas ukształtowało, pozwala nam popływać w ciepłej kałuży nostalgii. No i po co się tego Błarzu czepiasz?

Moim zdaniem w filmie najważniejszą sceną jest rozmowa gdy czarny charakter chce przekupić głównego bohatera, by ten zaczął dla niego pracować. Stary korpo-szczur stara się udowodnić dzieciakowi, że doskonale zna jego świat, ceni popkulturę i jest “cool”. Jednocześnie ma w uchu słuchawkę, przez którą wspiera go i podsuwa odpowiedzi ogromny sztab złożony z zatrudnionych w tejże korpo “geeków”. Oczywiście nie będzie to dla nikogo zaskoczeniem, że blaga ostatecznie wypływa, a bohater nie daje się (niczym Jezus na pustyni) skusić Złemu. Ta jedna scena jest fascynująca na poziomie meta – tu właśnie film odsłania prawdziwą twarz i miękkie podbrzusze. Tak, to Spielberg i jego sztab są tym panem, a my bohaterem. Z tym, że my nie mamy szans wygrać.

10% Fabuły i 90% nawiązań do innych filmów, gier, komiksów – to idealna recepta na stworzenie produktu. Nie jest nowa, oprócz fali remake’ów mamy wręcz zalew żerujących na nostalgii produkcji: “Stranger Things”, “The toys that made us”, muzyczna fala new retro wave. Jednak żadna z propozycji do tej pory nie była dla mnie tak w oczywisty sposób nastawiona stricte na monetyzację tej nostalgii. Gdyby odrzeć serial Netflix z nawiązań pozostałby fajny horror, dokument o zabawkach jest dobrze zrealizowany i ma “mięso” merytoryczne. Fala muzyczna wśród zalewu podobnych produkcji wydała kilka wspaniałych i kreatywnych tytułów, które dalej się rozwijają: Carpenter Brut, Perturbator, Dynatron, Dan Terminus, Dance with the Dead – to tylko kilka przykładów. Film “Ready Player One” nie rozwinie się, jeśli odrzemy go z nawiązań nie zostanie praktycznie nic. No, może kilka reklam (Minecraft, Overwatch, Pizza Hut). Korpo pan założył katanę z naszywkami i poszedł na koncert Iron Maiden wciskać fanom swoje produkty, bo przecież jest tak bardzo “swój”. Przykro mi, ale tę blagę widać na kilometr.

Taki “Kung Fury”, który powstał z pasji i zaparcia autora, jest przykładem jak to należy robić. Zasługuje na każdą swoją gwiazdkę i jeszcze więcej. Na Kickstarterze zakończyła się zbiórka pieniędzy na kolejny “Ninja Commando” – opisywany jako list miłosny wysłany do lat 80tych. Tak, tak właśnie powinno się grać na nostalgii, wszyscy wiemy, że bez pieniędzy nie ma filmów, muzyki, popkultury.

Natomiast ewidentny cynizm? Po prostu nie, tutaj mam odruch obronny. Nazwisko Spielberga nie daje mi tutaj poczucia prawdy, bo już czwarta część przygód Indiany Jonesa bolała okropnie. Właśnie trwają prace nad piątką.

Moja refleksja nie jest oczywiście niczym nowym. Absolutnie genialny “South Park” swego czasu dość okrutnie przedstawił to, co dzieje się z serią o archeologu (Spielberg i Lucas gwałcący Harrsiona Forda w kostiumie Indiany), stworzył także “member berries” – otumaniające ludzi jagody nostalgii.

Osobiście jestem absolutnym miłośnikiem nawiązań, przypisów, wtrąceń, mrugnięć okiem, jestem także fanem i zarazem fanem nostalgii. Będąc po trzydziestym roku życia oglądam z zapartym tchem pierwszy sezon animowanych Transformersów, pełnometrażówkę G.I. JOE, nie wspominając już o starszych anime i innych gatunkach. Kocham popkulturę lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, bo przecież w niej dorastałem. To naturalne, to co nas kształtowało będzie siedzieć w sercach i mózgach do końca życia.

Może dlatego nienawidzę, gdy ktoś aż tak cynicznie stara się na niej grać by pompować swój box office. To naprawdę widać. Panie korpo, panie Spierlberg, panowie i panie za biurkami – niektóre “geeki” i “nerdy” naprawdę widzą, że nas doicie, a czasem wręcz gwałcicie jak biednego Indianę. My chętnie kupimy, pójdziemy do kina, zagramy, posłuchamy – ale dopóki traktujemy się po partnersku. “Ready Player One” nie robi tego w ten sposób – po prostu doi nostalgię jak krowę w wielkim zakładzie mleczarskim. U mnie (mimo świetnej realizacji) pozostawił gorzki niesmak.

Czy to zgorzknienie? Przecież popkultura do której nawiązuje film też powstała by zarabiać. Nikt nie tworzył gier “Contra” czy “Mortal Kombat” by na tym stracić. Tak samo z filmami. Jednak do pigułki nostalgii i ładnego opakowania, moim zdaniem, powinna być dodana jakaś jakość – czy w treści, czy w formie. Jakość, która zrobi krok do przodu. “Ready Player One” jej nam nie daje. To tylko automat, który każe wrzucać w siebie kolejne monety.

B.