Nieznajomi w pociągach

W ciągu ostatnich lat dużo podróżuję. Najczęściej drogę przesypiam, ale gdy nie śpię, spotykam historie.

Do pociągów przyzwyczaiłem się szybko. Jako małe dziecko, pewnie jak większość, panicznie bałem się wpaść między wysokie perony a wagony podczas wsiadania i wysiadania. Sam przedział, składany stolik, klimat brązowych zasłonek PKP (kiedyś) całkiem lubiłem. Dziś warunki na niektórych połączeniach są znacznie lepsze, niektóre spółki mają wagony dawnej pierwszej klasy, które dziś jeżdżą jako druga, są też tak zwane “samolotowe” czyli bez przedziałów. W jednych i drugich o spotkania nietrudno. Ludzie wiozą ze sobą bagaże do noszenia i do opowiadania. Mam dla Was cztery.

Kilka tygodni temu starsza pani po drodze z Katowic do Warszawy opowiedziała mi o zjeździe, na którym niedawno była. Wydarzył się on, jak większość tego typu spotkań, pół przypadkiem, pół spontanicznie, ale zgromadził znacznie więcej osób niż ktokolwiek by się spodziewał. Kobieta na oko po 70-tym roku życia spotkała się z całą swoją grupą z przedszkola. Jestem ciekaw jak podczas najsympatyczniejszego nawet spotkania 2-3 godzinnego przy herbacie można tak od zmieścić ponad 60 lat życia odpowiadając na pytanie “Co u ciebie się działo przez ten czas?” Pamiętacie z kim chodziliście do przedszkola, albo zerówki? Czy poznalibyście ich na ulicy? A pociąg pędzi dalej… ta-tach, ta-tach, ta-tach.

Innym razem na przeciwko mnie usiadł młody mężczyzna. Wielkie ręce, czerwony kark, charakterystyczne szkliste spojrzenie. Zaraz po tym jak pociąg ruszył wyjął czteropak piwa, wręczył mi puszkę gestem, który nie zniósłby odmowy i rozpoczął opowieść. Ostatnie trzy lata spędził na Islandii, gdzie parał się przede wszystkim budowlanką. Języka się nie nauczył, przebywał głównie z innymi Polakami. Pił na potęgę, zarobił mnóstwo pieniędzy, a teraz wracał na rodzinny Śląsk by zobaczyć żonę i dziecko. Pochwalił mi się, że już w samolocie wychylił co najmniej ćwiartkę nie bacząc na stewardessy. Kilometry szły, jego piwo znikało, moje stabilnie rozgazowywało się dłoni. W końcu zaczął dawać mi islandzkie pieniądze twierdząc, że nigdy tam nie wróci i nie będą mu potrzebne. Z początku cieszyłem się z pojedynczej monety pamiętając, że mój Tato ma słabość do numizmatów i wzbogaci to jego kolekcję. Po chwili jednak zostałem trafiony garścią monet, a nawet banknotami. Próby grzecznego wzbraniania się nic nie dały. Wysiadłem w Katowicach bogatszy o sumę, której nie umiałem nawet obliczyć. Dopiero gdy kilka tygodni później spotkałem Tatę, ten powiedział mi, że suma była całkiem pokaźna. Mam nadzieję, że podróżny z prawdziwie słowiańskim gestem nie potrzebował ich później.

Kilka (a może już kilkanaście?) lat temu, wracając autobusem z Grójca do Warszawy usiadłem obok kobiety około 40 lat. Sam byłem około 20-letnim młodzieńcem, brody jeszcze nie było, za to długie włosy tak, a po bokach twarzy duże (zdecydowanie za duże, ale wtedy je lubiłem) bokobrody/pksy, które znajomi nazywali chomikami. Przysiadłem się do pani i jak to w autobusie bywa zaczęliśmy rozmawiać. Po krótkiej chwili zwróciłem uwagę, że kobieta mówi do mnie w trybie żeńskim, per pani. Mając długie włosy przyzwyczaiłem się do tego, ale siedziała na tyle blisko, że zastanawiam się jakim cudem umknęło jej futro zalegające jakieś 20% mojej twarzy? Zdecydowałem jednak, że nie doprowadzę do kłopotliwej sytuacji: wejdę w rolę, którą pani chciała mi dać. Odpowiadałem używając trybu żeńskiego, choć nie zmieniając tembru głosu (to też widocznie nie wskazywało pani na nic). Od Grójca aż do Warszawy przegadaliśmy jak dwie damy: jacy to mężczyźni beznadziejni, jak ciężko wychować dorastającą córkę oraz jak dbać o działkę i roślinność. Wszystko, na czym się perfekcyjnie znam. Ale potraktowałem to jako trening aktorski i chyba się udało. W Warszawie pożegnałyśmy się wesołym “Do zobaczenia pani” i już nigdy więcej się nie spotkałyśmy.

W sobotę, 31 marca 2018 roku, po raz kolejny znalazłem się około 5 rano na Dworcu Centralnym w Warszawie sprawdzając peron pociągu do Katowic. Czekała mnie próba zespołu i powrót tego samego dnia, zatem dzień pełen wrażeń. Już na dworcu podszedł do mnie mężczyzna. Zwróciłem jego uwagę skórzaną kurtką i gitarą na plecach. “Standard” – pomyślałem, czując na metr od niego brudne ubrania i alkohol – “za chwilę poprosi o pieniądze, albo opowie o swojej muzycznej – prawdziwej lub nie – karierze”. Gdybym dostał złotówkę za każdego biedaka, który w oparach alkoholu opowiadał mi o swojej karierze w Oddziale Zamkniętym, byłbym naprawdę bogaty. Czasem zastanawiam się, ile muzyków musiałby liczyć ten skład, gdyby połowa tych historii była prawdziwa. Może dlatego z początku nieufnie przytakiwałem mężczyźnie, który szybko określił mnie “człowiekiem w klimacie” i… oczywiście zaczął opowiadać. Przedstawił się jako gitarzysta Defektu Muzgó. Opowiedział o tym, że wraca z Berlina, gdzie koncertował. Po drodze do Warszawy napadli go i ukradli gitarę oraz pieniądze. Stwierdził, że pojedzie ze mną, choć oczywiście nie miał biletu. Doradziłem mu go kupić o konduktora (zarzekał się, że ma kartę płatniczą), ale pomysł ten przeleciał raczej mimo jego uszu. Posłuchałem o tym, jak to wszystko schodzi na psy, że na skłotach spać się nie da, bo teraz to komercha, że młodzi zabili punka i tak dalej.

Gdy na chwilkę odszedł sprawdzić rozkład, szybko zajrzałem do telefonu by sprawdzić, czy rzeczywiście na zdjęciach Defektu znajdę podobnego gitarzystę, ale na żadnym z nich nikt podobny nie figurował. Nie było też informacji o koncercie w Berlinie. Słuchałem zatem dalej punkowych opowieści i zwierzeń, także o problemach zdrowotnych i toczącym biedaka nowotworze, aż nadjechał pociąg. Wsiedliśmy do tego samego wagonu, zająłem swoje miejsce, on siadł gdzie bądź, jednak za każdym razem gdy okazywało się, że miejsce jest zajęte bardzo grzecznie przepraszał i przesiadał się dalej, gdzie było jeszcze wolne. Krótko po starcie pociągu mężczyzna zasnął – dwie stacje dalej obudziła go konduktorka. Nie dogadali się ani co do zakupu biletu, ani co do dalszej podróży. Dwóch rosłych panów odeskortowało mojego rozmówcę na peron, a ja ruszyłem dalej. Do końca podróży zastanawiałem się, czy rzeczywiście spotkałem Tomka “Siwego” Wojnara z jednej z moich ulubionych punkowych kapel, czy kolejnego biednego wykolejeńca, który dopisał do swojej życiowej tragedii barwną opowieść i sam w nią uwierzył. Mężczyzna nie zdejmował ciemnych okularów, na czoło miał nasuniętą czapkę, zgarbiony ginął we własnej kurtce. To dodatkowo utrudniało rozpoznanie. Trudno u takiej osoby wychwycić dokładnie rysy twarzy i znaki szczególne. Zostałem przy wersji, że jednak był to biedny mitoman.

Do czasu. Trzy tygodnie później przez media przeszła informacja, że Tomasz “Siwy” Wojnar z Defektu Muzgó zmarł w Wałbrzychu. Na zdjęciach z pogrzebu przy urnie z prochami zmarłego widać portret, który jest bardzo podobny do człowieka, którego spotkałem. Wygląda więc na to, że mogłem zobaczyć jeden z ostatnich świtów przed zupełnym zmierzchem liderów ważnego dla mnie zespołu. Przyznaję, to bardzo smutny widok. Czy z tej historii da się wyciągnąć wnioski? Czy cokolwiek można było zmienić, poprawić, zapobiec? Raczej już nie. Czy mnie to spotkanie zmieniło? Także nie. Świadomość, że najprawdopodobniej myliłem się i rzeczywiście mówił prawdę? Tu jest pewna lekcja: nie da się wszystkiego natychmiast zweryfikować i sprawdzić na 100%. Może powinniśmy dawać opowiadającym pewien kredyt zaufania? Może mogłem z tego spotkania więcej wyciągnąć, dowiedzieć się, nauczyć? Może zmarnowałem okazję? Nie dowiem się tego.

Jest nas dużo. Bardzo dużo. Przelewamy się przez świat w samolotach, pociągach, autobusach, samochodach. Spotykamy się na chwilę, żeby zaraz znów potoczyć się dalej. Jak szklane kulki w kuwecie, którą wciąż potrząsa rozbawione dziecko. Mamy niewiele czasu, by nauczyć się te krótkie momenty jak najlepiej wykorzystać. Próbujmy…

B.