Każdy dom jest nawiedzony

W tym tygodniu obejrzałem w kinie “Ciche miejsce” i zmierzyłem się z pierwszym odcinkiem “The Rain” na Netflix. W obu tych opowieściach na pierwszym miejscu stoi rodzina. W horrorach atak i dekonstrukcja tej komórki społecznej to ważne i cenne narzędzie.

Nie będzie chronologicznie, zacznijmy od najnowszych. “Ciche miejsce” to opowieść o rodzinie próbującej przeżyć w świecie po apokalipsie. Tym razem spowodowały ją nie zombie, nie asteroidy, nie kosmici, nie katastrofy naturalne, nie wojna, a… tajemnicze potwory o wyjątkowo ostrym słuchu. Te straszliwie wyglądające (choć zaskakująco podobne do Demogorgona ze “Stranger Things) bestie polują stosując super-czułą echolokację. Nie mając wzroku wydają się jeszcze odleglejsze nam i przez to straszliwsze. Główni bohaterowie żyjący na farmie położonej na odludziu (te pola kukurydzy obok tu “zupełny przypadek”) starają się zachować resztki ciepła i normalności w świecie, gdzie każdy hałas, a nawet szept, może oznaczać wyrok śmierci. Recenzji filmu tu nie będzie, ani spoilerów – dlaczego więc od niego zaczynam? Istotnym w tej historii jest poczucie winy. Nie chodzi tylko o pojedynczy czyn, ale o motywację, która skłania bohaterów do danych zachowań i determinuje bieg fabuły. Winna czuje się matka z powodu tego, że nie zapobiegła tragedii, winny czuje się ojciec, który nie okazywał wystarczajaco uczuć córce, winne jest jedno z dzieci, które nakłada na siebie pełną odpowiedzialność za tragedię rozpoczynającą opowieść. Tak naprawdę jarzmo winy zostaje z bohaterów zdjęte w ostatniej scenie gdy w tynelu zapali się światło. Rodzina w tym filmie, oprócz bycia bastionem miłości i wszystkiego co dobre, przeżarta jest przez robactwo winy. Toczący ją czerw jest tym mocniejszy, że w świecie o tak ograniczonej komunikacji pewnych rzeczy po prostu… się nie “dogada”. Czy film warto obejrzeć? Na to pytanie postaram się odpowiedzieć w recenzji, którą już szykuję na przyszły tydzień. Zapamiętajcie jednak tego robaka poczucia winy. Wróci.

“The Rain” rozpoczyna się także od apokalipsy – tym razem rozprzestrzeniający się przez kontakt z wodą. Życiodajna substancja, bez której Ziemia pozostałaby milczącą skałą w kosmosie, zwróciła się przeciwko ludziom. Zabieg ciekawy, choć w scenariuszu i logice nietrudno znaleźć dużo dziur. Ale nie o tym tutaj. Rodzina – tutaj zdekonstruowana i zaatakowana już w pierwszym odcinku, zatem żadnych wyjątkowych tajemnic wam nie zdradzę: rodzeństwo bohaterów unika śmierci chroniąc się w specjalnie zaprojektowanym bunkrze. Ich matka ginie broniąc dzieci, ojciec odchodzi “na chwilę” by nie wrócić. Już w pierwszej części dowiemy się, że jest on w części odpowiedzialny za kataklizm. Simone, jedna z dwojga głównych bohaterów, będzie natomiast psychicznie zwalcowana poczuciem winy za śmierć matki oraz odpowiedzialnością za młodszego brata, który jedne z najważniejszych dla rozwoju psychicznego lat spędzi pod ziemią. Rodzina przez twórców tej opowieści jest tutaj także potraktowana naprawdę ostrą amunicją.

Przykłady można by mnożyć w nieskończoność:

1. “Lśnienie” (i to w obu filmowych wersjach), “Dziecko Rosemary”, “Słudzy Diabła” (recenzję przeczytacie na Dzikiej Bandzie i u nas w poniedziałek) – zniszczenie rodziny od środka.

2. “Teksańska Masakra Piłą Mechaniczną” i “Wzgórza mają oczy” – anty-rodzina, źródło zła z pokolenia na pokolenie.

3. “Halloween” i “Friday 13th” – rodzina zainfekowana złem, czy to w postaci psychotycznego brata, czy też chorej z bólu i nienawiści matki.

4. “Zagłada Domu Usherów”, “Coś na progu”, “Koszmar w Dunwich” – rodzina jako miejsce urodzenia, trwania i przechodzenia zła z pokolenia na pokolenie – zła, które zniszczy świat w mikro- (dom Usherów) lub makroskali.

To tylko kilka przykładów, a przecież wykorzystania motywu rodziny w horrorach jest znacznie więcej. Wszystko zaczyna się jeszcze w czasach podań ludowych i baśni, zresztą w “Biblii” oraz mitotwórczych tekstach innych religii mono i politeistycznych nie brakuje straszenia nas rodziną.

Co z tego wynika? Rodzina w definicji powinna być strefą bezpieczeństwa, opieki, azylem od niebezpieczeństw świata. Do niej wracamy po konfrontacjach, tu powinniśmy znaleźć ukojenie, zrozumienie, ciepło i odzyskać siły. Zatem dekonstrukcja i atak na to w grozie jest jak najbardziej uzasadniony – wytrąca nam z rąk koło ratunkowe, którego rozpaczliwie trzymamy się tonąc. Ale czy na pewno?

Teraz czas na “reality check”. Jak z tą rodziną jest? Rozejrzyjcie się dookoła, zapytajcie samych siebie. Przypominam sobie rodziny wielu moich przyjaciół toczone depresją z przepracowania rodziców, alkoholizmem, ciągnącymi się przez lata martwymi związkami ojców i matek, którzy nienawidząc się stłoczeni na małej przestrzeni mieszkań w bloku gniją od środka, a postępująca martwica relacji siłą rzeczy dotyka także ich dzieci. Realne rodziny mają często znacznie większe pole do popisu niż te w historiach grozy. Podtrzymywane latami poczucie winy: dzieci rodzicom, rodzice dzieciom. Powolne umieranie psychiczne w relacji, której już dawno nie ma: bo dzieci muszą mieć w domu dwójkę rodziców. Zakopane w szafach tematy tabu, nigdy nie wytłumaczone spory, nierozwiązane kłótnie, zadawnione żale są jak niegojące się rany, zalewające ropą nawet najpiękniejszy strój, pod którym chcemy je ukryć.

Groza chętnie straszy nas rozpadem rodziny zakładając jej rzeczywisty pozytywny charakter. Niestety jakże często jest w błędzie i wypada blado w konfrontacji z prawdą zza ściany mieszkania.

Każdy dom jest nawiedzony. 💀

B.