Przez zielone okulary

Wszyscy znamy dobrze powiedzenie “patrzeć na świat przez różowe okulary”. Niektórzy z nas patrzą przez inne, o bardzo zróżnicowanych odcieniach. Nawet kolor tak samo nazwany może się różnicować.

Moje okulary są zielone. Brzmi pozytywnie, zieleń to przecież natura, spokój, życie, symbol naszej planety, która wyróżnia się w zimnym kosmosie. To także kolor rozkładu, patyny, straszących nas w kinie potworów (od zielonych ludzików z Marsa przez Potwora z Bagien po monstrum dr Frankensteina i najczęstsze przedstawienia Wielkiego Cthulhu), kolor wszystkich filmowych trucizn, radioaktywnych substancji i spaczenia. Zieleń ożywia i zabija. Zieleń ukochał Peter Steele i jego mroczna drużyna Type O Negative.

Okulary, które nosimy modelują naszą rzeczywistość. O tym jak bardzo przekonałem się niedawno oglądając pewien film: “The Muppets” z 2011 roku. Oczywiście kochałem Muppety będąc dzieciakiem, ich animowaną wersję “Muppeciątka” także pamiętam z wieczorynek, o ile się nie mylę leciała w piątek. Tytułowa piosenka dalej pobrzmiewa gdzieś na krańcach świadomości. Dlaczego zatem tak zgniły wstęp do wesołego filmu?

“The Muppets” to ultra-pozytywny amerykański musical. Rodzinne ciepłe kino, gdzie dobro, przyjaźń i miłość wygrywa, a zły i bezduszny przedsiębiorca zostaje ośmieszony (i przy okazji nauczony śmiechu, do którego nie był wcześniej zdolny). To film skonstruowany tak by dorośli wychowani na starym show poczuli przyjemny smutek nostalgii, a dzieciaki zakochały się w bohaterach i szybko ruszyły do sklepów uzbrojone w portfele rodziców. Nie wiem czy film okazał się wielkim sukcesem, bo niestety aż do dziś regularne telewizyjne “The Muppet Show” nie wróciło. Może zbyt długo czekano z odnowieniem marki? Może musicalowe realia sympatycznych zwierzaków i potworów nie są na nasze postmodernistyczne czasy? Nie wiem.

Zainteresowało mnie w filmie coś zupełnie innego. Przez cały czas jego trwania, od początku do końca, spodziewałem się… no właśnie czego? Przecież to komedia i do tego rodzinna, zatem trudno liczyć na psychopatę wyskakującego zza rogu albo nagły efekt “bu!” czyli jumpscare? Tu nie będzie zła, zbrodni, nawet obrazoburczego humoru – wszystko grzeczne, ciepłe i dobre, zamknięte w obudowie nawiązującej do idealizowanych w USA lat 50-tych. A jednak oglądając czekałem. W każdej scenie, w każdej kolejnej minucie wypatrywałem tego “czegoś”, co powinno nagle się pojawić i jak ość w rybie – utknąć w gardle i zmusić do odkaszlnięcia. Nie było, nie przyszło, w końcu od początku było wiadomo, że nie nadejdzie. A jednak czekałem.

Wciąż nie daje mi spokoju pytanie: na co czekałem tak naprawdę? Na zło, które zniszczy idyllę? Może na więcej wad pozytywnych bohaterów? A może wreszcie na zwrot akcji gdzie “wszyscy giną”? Równie ważne jest pytanie – skąd takie oczekiwanie się bierze. Jako miłośnik grozy (ale nie znawca, dawno przestałem się za takiego uważać w czymkolwiek), niepoprawnego humoru, makabry i dziwactw najwidoczniej poczułem się w idealnej rzeczywistości… nieswojo. Z każdej strony wypatrywałem ciosu, który nigdy nie miał nadejść. To każe zadać sobie kolejne pytanie: dlaczego czekam na taki cios? Czy wynika on z tego, że poruszając się głównie “po drugiej stronie lustra” nie przywykłem, że po prostu może być dobrze, przyjemnie, miło?

W tym roku po raz kolejny próbuję zmierzyć się z wyzwaniem szkieł kontaktowych, które pomogą mi pozbyć się okularów. Najwyraźniej mam jeszcze inne, które także w końcu trzeba będzie zdjąć.

B.