Mundury i władza

Dzisiaj krótko. Do napisania tego tekstu zainspirował mnie film “Czuwaj”. To świeżutki polski thriller, którego akcja rozgrywa się podczas letniego harcerskiego obozu na Mazurach. Nigdy nie należałem do harcerstwa, nie otarłem się o zuchów, a idąc do kina chętnie wybieram się poza rodzime realia – zatem filmem de facto nie powinienem się interesować. Dzięki uprzejmości Huberta Kuberskiego (dziękuję za wejściówkę!) mogłem się przekonać, że nie miałbym racji. Bardzo. Ale uwaga, nie przeczytacie recenzji filmu, nie będzie też spoilerów. Warto iść? Warto.

Opowieść “Czuwaj” traktuje o zderzeniu światów. Główny bohater jest idealistą, młody harcerz bezkrytycznie wierzący we wpajany kodeks wartości. Pielęgnuje tradycje, stara się tworzyć atmosferę, o której opowiadał mi mój Dziadek. Dla niego harcerstwo było realnym braterstwem krwi i systemu wartości, co potem przełożyło się na działanie w AK. Bohater filmu z pewnością chcałby iść podobną drogą, ale szybko zderza się z rzeczywistością. Bałem się naiwnego bogo-ojczyźnianego filmu, dostałem historię o dorastaniu, ociosaniu chłopca w mężczyznę i miażdżeniu ideałów. Sypie się wszystko, a jak wyjdzie z tego bohater? Tego ode mnie się nie dowiecie.

Jak wspominałem, z harcerstwem nigdy nie miałem wiele wspólnego. Za czasów mojego dorastanianie miało ono takiej opinii i marki jak niegdyś, nie przekonałem się też czy słusznie czy nie. Jedno jednak mnie dość odrzucało: uniformizacja. Jako młody człowiek bardzo nie lubiłem wszelakiego rodzaju umundurowania. Strój galowy w szkole, marynarka, garnitur na maturę i inne wywoływały u mnie odruch wymiotny. Bunt i kontestacja? I tak i nie. Z jednej strony odrzucało mnie od takich form, a z drugiej przecież sam się w nie pchałem. Jak wiele innych dzieciaków lat 90-tych i początku XXI wieku nosiłem parkę, glany, uwielbiałem naszywki. Właściwie nie przestałem lubić żadnej z tych rzeczy, ale przecież nie było to nic innego jak umundurowanie, które miało wskazywać na tożsamość: przynależność do społeczności kochających rocka, metal i koncerty zbuntowanych dzieciaków.

Paradoks? Chyba nie, bo tak po prostu jest skonstruowany człowiek. Dąży do stworzenia sobie tożsamości, mimo wszystko potrzebuje wspólnoty. Garnitury i białe koszule jako dziecku kojarzyły mi się z porządkiem narzuconym, podczas gdy “rockowe” ciuchy były znakiem własnego wyboru. Ale de facto jedno i drugie oznacza to samo – potrzebę rozpuszczenia się w zbiorowości, znalezienia duchowego domu, ucieczki od samotności. Takich wspólnot poszukujemy cale życie, bo często niektóre przestają nam po pewnym czasie wystarczyć, albo okazują się zbyt fasadowe. Prób znalezienia swojego munduru przechodziłem dużo, dziś chyba odpuściłem na rzecz funkcjonalności. Ale dopiero za 10 lat będę mógł to trafnie ocenić.

Film “Czuwaj” dał mi do myślenia nie tylko na temat ideałów, tożsamości i szukania swojego plemienia. To także film o władzy i wynikającej z tego odpowiedzialności, zagrożeniach, konieczności trudnych decyzji. “Władza deprawuje, zawsze i wszędzie” – śpiewał zespół Alians i zgadzam się z tym w całej rozciągłości. Dobry dowódca to taki, który mając w reku wszystkie karty zagrywa tylko te, które wystarczą do osiągnięcia celu. Nie wykorzystuje wszystkich atutów i asów by bez przerwy podkreślać swoją pozycję, nie uprzedmiotawia podwładnych. Takich jest niezwykle mało. Władza jest jak Pierścień w sadze Tolkiena: potrafi opętać, zmienić nie do poznania, wyciągnąć z nas najgorsze instynkty. Dlatego ci, którzy ją mają, powinni być na to gotowi. Z reguły nie są, co pokazuje historia ludzkości, a nawet proste doświadczenia, które każdy z nas ma: władza w szkole nad losem ucznia, władza rodziców nad dziećmi, starszych nad młodszymi, pracodawców nad pracownikami, liderów nad członkami zespołów – jakże często dochodzi tu do wypaczeń, a konsekwencje bywają naprawdę poważne.

Sam nie lubię być szefem, dowódcą, przewodnikiem, liderem. Może to przez brak sił charakteru, może przez strach przed ulegnięciem “pokusy Pierścienia”.

B.