Jedno nazwisko, wiele historii

Trzy postaci, o których napiszę, nie są powiązane ze sobą więzami rodzinnymi. Łączy je jednak nazwisko, które powinno na zawsze wryć się w annały popkultury. Żaden z nich nie powinien nigdy zostać zapomniany – to nasze, czyli fanów, zadanie.

Pierwszy to reżyser, który dał nam nowoczesne kino zombie. Oczywiście nie on wymyślił żywe trupy (słowo „zombie” pojawiło się już 1819 roku), nie on pierwszy je pokazał na filmie (to zrobił już Victor Hugo Halperin w 1932, w filmie „White Zombie”), jednak właśnie ten człowiek stworzył sposób opowiadania i budowania figury martwych wstających z grobu, jakie mamy dziś. George Romero, twórca „Nocy Żywych Trupów”. Pokazany po raz pierwszy na wielkim ekranie w 1968 roku obraz był zupełnie nowym jakościowo horrorem swoich czasów. Jego premiera zbiegła się z gorącym okresem studenckich rewolt w USA i Europie, kontrkultury, wojny w Wietnamie, rock’n’rolla i narkotyków. To czas przewartościowywania, eksperymentów w sztuce – na poziomie formy i treści.

Czarno-biały film, którego fabuła i postaci czarno-białe wcale nie są. Przeciwnie, to opowieść o erozji człowieczeństwa, rozluźnieniu stosunków społecznych, a nawet rodzinnych w obliczu zagrożenia. Kiedy zmarli wychodzą z grobów i zaczynają żyć nie ma już miejsca na miłość, współczucie – decyduje jedynie zdolność do przetrwania, nierzadko kosztem kogoś innego. Do tego przerażająco szybka i skuteczna „zaraźliwość” bycia zombie doprowadza do straszliwej konstatacji: każdy może stać się potworem. Ba, wystarczy jedno ugryzienie by najbliższa nam osoba zaczęła nas nienawidzieć i chciała nas pożreć. Rodzic, dziecko, przyjaciel, partnerka, ktokolwiek – to tylko kwestia jednego ugryzienia. Do tego końcówka (SPOILER), gdzie ciemnoskóry bohater zostaje pomylony z zombie, a następnie zabity przez polujących na trupy białych (a jakże!) i uzbrojonych po zęby „zdrowych ludzi”. Skończy jak pozostali, rzucony na górę martwych ciał przeznaczonych do spalenia. Stos trupów, które przestały być ludźmi dla przerzucających je osób. Końcowa sekcencja zdjęć pod napisami słusznie wielu kojarzyć się będzie ze straszliwymi obrazami z amerykańskich linczów lub krwawego tłumienia protestów. Jeśli ktokolwiek stwierdzi, że horror to gatunek z klucza głupi, który nie może być nośnym dla ważnych treści – ten film jest odpowiedzią.

Kolejne filmy z trylogii zombie Romero także nie boją się „zahaczyć” o społeczeństwo. Za przykład wystarczy „Świt Żywych Trupów” i umiejscowienie akcji w centrum handlowym. Dlaczego tutaj – zapyta jeden z bohaterów i usłyszy odpowiedź: ponieważ tutaj czuli się jak w domu. Romero celnie i bezlitośnie komentuje świat. Jego praca jest dowodem na to, że kino gatunków (tu horror) może być wehikułem trudniejszych treści i przedmiotem wzbogacającej wszystkich dyskusji. Jeśli nie oglądaliście filmów Romero – czeka Was wspaniała podróż, ale nie zabraknie i strachu: tego przed potworem oraz przed człowiekiem.

Druga postać nosząca to samo nazwisko także związana jest z kinem. Zagrał w 31 serialach telewizyjnych oraz w ponad 100 filmach kinowych, imponujący dorobek. Jeśli jeszcze nie wiecie kogo mam na myśli, przedstawiam: Cesar Romero. Wysoki, atletycznie zbudowany, był często angażowany do ról amantów, latynoskich kochanków, dzielnych młodzieńców. Dla mnie jednak jedna jego rola pozostaje arcyciekawa, choć często niedoceniana: Joker w serialu i filmach pełnometrażowych o przygodach Batmana. Gwiazdą tych ekranizacji był bezdyskusyjnie Adam West, jednak obok niego na ekranach pojawiał się szereg barwnych postaci, w tym pierwszy Joker stworzony przez Romero. Filmy i serial, który dziś uchodzi za raczej zabawny i kiczowaty, były silnie związane z komiksami. Zanim przygody Człowieka Nietoperza stały się silnie psychologicznymi mrocznymi opowieściami były przede wszystkim kolorowymi historiami akcji i nierzadko humoru. Joker Romero był przestępcą, ale i jednocześnie prawdziwym clownem, rozśmieszającym i mimo wszystko na swój sposób ciepłym. Zanim stanie się prawdziwym demonicznym psychopatą i gangsterem (Jack Nicholson i kolejni), będzie nas raczej rozśmieszał niż straszył. Romero stworzył tę postać wiernie oddając ducha starych komiksów, a jednocześnie zachował swój własny sznyt. Czy znacie jakiegokolwiek innego odtwórcę tej roli, który nie zgodził się na… ogolenie się? Mimo tego, że Joker przecież nigdy zarostu nie miał, Romero nie zdecydował się pozbawić swojej twarzy charakterystycznych wąsów. Na planie zasłaniał je silny makijaż, ale uważny widz ich nie przeoczy. Nieporadny i zabawny Joker grany przez wysokiego pięknego amanta? To wymaga od aktora pokory i ogromnego kunsztu. Jeśli zdecydujecie się sięgnąć po Batmany z lat 60., a polecam to gorąco, czytajcie je w kontekście starych komiksów i zwróćcie uwagę na Jokera w wykonaniu Romero.

Trzecia postać tego felitonu to John Romero. Bohater popkultury najnowszej (w stosunku do poprzednich), który można w uproszczeniu powiedzieć dał nam nowoczesne gry FPS (first person shooter), czyli popularne strzelanki. Był zaangażowany w najsłynniejsze tytuły ostatniej dekady XX wieku: Wolfenstein 3D, Hexen, Doom, Quake, pracował także przy pierwszym Halflife. Po tragicznej wpadce, jaką był tytuł Daikatana, odszedł na dalszy plan game-devu. Jednak wciąż pozostaje bohaterem dla tych, którzy przepacali koszulki penetrując ponure korytarze marsjańskiej bazy i piekła w Doom, walcząc z nazistami jako William J. Blazkowitz oraz oczywiście pokonując Shub-Niggurath (chwała za promocję mitologii H. P. Lovecrafta!) w Quake. Co robi dzisiaj? Próbuje swoich sił przy kolejnych projektach, pisze o grach retro, niedawno zorganizował wystawę sztuki z opakowań gier komputerowych. To akurat genialny pomysł, bo swego czasu bywały to naprawdę dzieła sztuki. Przykładem jest współpraca firmy Psygnosis z Rogerem Deanem.

Osobiście, z czystej wdzięczności za Doom, Heretic i Wolfensteina, mocno kibicuję, by Romero wrócił jeszcze na czołówki mediów świata gier z nową udaną produkcją. Trzymam kciuki!

Znanych osób o nazwisku Romero jest znacznie więcej. Są wśród nich sportowcy i gwiazdy estrady. Zbieżność nazwisk jest przypadkowa, chciałem dla Was wyłowić z tej ogromnej grupy trzy prawdziwe perły. Sprawdźcie ich dorobek, bo warto!

B.