Daj gryza, czyli o posmakach kanibalizmu

“Daddy’s little girl ain’t a girl no more” – Nirvana, Negative Creep

“Twój grzech to głód, zwierzęcy głód” – Kat, Dziewczyna w cierniowej koronie

Jak zwykle przed sobotą mam gotowy plan na tekst i w ostatniej chwili pojawia się coś nowego, co burzy koncepcję i karze odłożyć przekładany wielokrotnie pomysł na następny termin. Tym razem plan zmodyfikował posiłek. Podano “Mięso”. Zatem porozmawiamy o diecie.

Od początku wiedziałem, że nie będzie to kolejny horror jakich wiele. Kooperacja z Włoch, Belgii i Francji zapowiadała kino zdecydowanie mniej rozrywkowe niż amerykańskie, o wiele bardziej skoncentrowane na człowieku i tym co w jego głowie, nie tylko tym co z niej wypływa po rozbiciu młotkiem. “Mięso” to film tnący bardzo głęboko. Do kości.

Główna bohaterka opowieści trafia do szkoły weterynaryjnej z internatem, pochodzi z rodziny weterynarzy, jej starsza siostra jest także na tej samej uczelni. Ju-Ju jest niewinna i delikatna jak kwiat. Nie uprawiała nigdy seksu, nie używa makijażu, ubiera się niewinnie (koszulka z jednorożcem i tęczą, zwróćcie na nią uwagę na początku filmu i potem), pierwszy raz dopiero przed nią. Jest wegetarianką. Od samego początku życie w szkole będzie pasmem okrutnych inicjacji i rytuałów przejścia po kolei odzierających ją z dziewczęcości i niewinności, przemieni ją wyciągając z wnętrza instynkty, o które nikt by jej nie podejrzewał. Imię dzieli z bohaterką słynnej powieści markiza de Sade i nie jest to przypadek. Podobnie jak i ona, Ju-Ju staje się Justyną, a świat zewnętrzny rozbija jej ego na coraz drobniejsze kawałki. Pierwszym i zarazem najsilniejszym klockiem rujnującym domino osobowości będzie zmuszenie jej do zjedzenia mięsa i oblanie krwią podczas pierwszego “chrztu”. Gdy zostanie przełamane tabu jedzenia mięsa dziewczyna odczuje zakazany głód, głód ludzkiego mięsa.

Pisałem już w innym felietonie jak negatywny stosunek mam do podobnych inicjacji, zatem żeby nie przedłużać – uważam, że to okrutne i niepotrzebne zwyczaje, które zamiast poczucia wspólnoty tworzą wspólną traumę, chętnie przekazywaną w formie zemsty “bo my też mieliśmy źle” dalej.

W filmie “Mięso” chrzest jest czymś więcej niż złamaniem “kota”, to gwałt: na systemie wartości dziewczyny, ale i na jej ciele gdy musi zjeść surowe mięso i zostaje oblana krwią, a to dopiero początek. Rozmowa przy stole w uczelnianej kantynie o gwałtach ludzi na zwierzętach jest ważnym drogowskazem. Reżyserka Julia Ducournau idzie tym tropem dalej – dziewczyna złamana inicjacją i jej kolejnymi etapami osuwa się w mroczny zakątek duszy, gdzie czai się kanibalistyczny popęd. Zmuszona do przekroczenia granicy Justine wgryza się coraz głębiej.

Seksuolodzy i psycholodzy od dawna dyskutują nad tym co dzieje się z naszą psychiką pod wpływem tak straszliwych doświadczeń jak przemoc i gwałt. Niektóre teorie mówią, że ofiary przemocy ujawniają skłonności do parafilii takich jak sadyzm lub masochizm. Dzieci bijących ojców i matek, znęcających się psychicznie, nadmiernie dominujących często, nie zawsze świadomie, wracają do tych straszliwych doświadczeń potrzebując dominacji lub bycia zdominowanym. Kanibalizm w filmie Ducournau jest narzędziem do opowieści o straszliwych następstwach gwałtu i moim zdaniem tak go trzeba oglądać. To nie jest tylko horror, to dramat obyczajowy, który chętnie korzysta z dorobku kina gatunkowego, ale robi to inteligentnie. Warto, choć nie jest to film na imprezę albo randkę, gdzie chcecie wykorzystać przerażające sceny do złapania go/jej za rękę.

Rozmawiając o kanibaliźmie warto wspomnieć chyba najsłynniejszy obraz na ten temat: “Cannibal Holocaust”. Obraz jest szokujący do dziś, jako jeden z pierwszych używał środków “mockumentary” czyli oglądania zapisów z kamery bohaterów. Po latach przypomni to “Blair Witch Project” i cała fala innych. Jednak włosko-kolumbijska produkcja z 1980 roku szokuje nie tylko bliskością widza i historii (dosłownie oko w wizjer). To film, gdzie zobaczymy prawdziwie odrzucające sceny przemocy na ludziach i na zwierzętach (te ostatnie rejestrują prawdziwe zabijanie żywych stworzeń). “Cannibal Holocaust” nie ma tak zwanych ściemnień, kiedy dzieją się rzeczy straszne widz ogląda je i jest ich częścią. Ta orgia epatowania łamaniem tabu (kanibalizm, gwałty, aborcja) inspirowana była doniesieniami włoskiej prasy i telewizji o działalności terrorystycznej organizacji Czerwone Brygady. Media rozkoszowały się przemocą, z lubością serwowały obrazy krwi i ofiar. Reżyser Ruggero Deodato użył więc kanibali by pokazać swojej własnej widowni jej zdeprawowanie. Warto też pamiętać, że bohaterowie “Cannibal Holocaust” czują się lepsi od badanych “dzikusów” i tracą czujność właśnie ze względu na poczucie swojej wyższości i upokarzania członków filmowanego plemienia. Kara jest straszliwa. Zatem “Cannibal Holocaust” to także film, gdzie kanibalizm i groza służy pewnej dydaktyce. Nie jest to film, który polecę każdemu, ale dyskutując o horrorach warto mieć go w zanadrzu, także w dyskusjach i analizach na temat ludzkiego mięsa jako tabu i toposu.

Przy tej okazji nie można zapomnieć oczywiście o Hannibalu Lecterze, zarówno granym przez Anthony’ego Hopkinsa jak i serialowej kreacji Madsa Mikkelsena. Obaj pokazują kanibala jako nadczłowieka. Zjada on swoje ofiary, bo jest lepszy od nich pod każdym względem. Góruje inteligencją, erudycją, manierami, strojem i klasą. Do tego przygotowując swoje upiorne posiłki Lecter jest przewodnikiem i koneserem najwyższej sztuki. To, w jak piękny sposób filmowane jest jedzenie w serialu “Hannibal” natychmiast odsyła nas do holenderskiego malarstwa XVII wieku. W warstwie tekstowej natomiast gdzieś tam słychać echa Nietschego. Czym jest tu kanibalizm? Rozrywką zepsutego bogacza? Ostatecznym wyzwaniem dla inteligenta, który wie wszystko? Podnietą znudzonego dekadenta? A może wspięciem się na wyższy poziom świadomości i łańcucha pokarmowego? Prawdopodobnie wszystkim na raz.

Ostatni z kanibalistycznych filmów, który tu przytoczę (a jest tego więcej) to “Ravenous” (pl. “Drapieżcy”) z 1999 roku. Czarna komedia z mocną domieszką horroru o pewnym forcie na odludziu, do którego trafili żołnierze wojny amerykańsko-meksykańskiej XIX wieku. Fort Spencert stanie się miejscem walki o przetrwanie i cudzą moc, gdy na jaw wyjdzie to, że jeden z białych poznał tajemnice i przekleństwa związane z indiańskim tabu – kanibalizmem. Kto wyląduje w gulaszu na obiad? Obejrzyjcie, bo po wcześniejszych bardzo poważnych pozycjach ta, będąc dobrym horrorem, ma świetnie wszyty komediowy wentyl bezpieczeństwa. Do czego tu służy kanibalizm? Do pokazania nam gdzie kończy się człowiek, a zaczyna bestia oraz pozwoli zadać pytanie jak daleko posuniemy się gdy trzeba przeżyć?

No właśnie, jak daleko? Życie to weryfikuje na wiele sposobów. Przeczytajcie o tragedii pasażerów lotu Fuerza Aérea Uruguaya 571. Wywiad z uratowanymi zobaczycie tutaj.

B.