Ballada o dwóch siostrach

Właściwie to wcale nie są siostrami, nigdy się nie poznały, nie mogły się spotkać. Łączy je jednak kinematografia, język wspólne imię oraz… internet.

W 2017 roku miały premierę dwa filmy praktycznie pod tym samym tytułem – “Veronica”. Pierwszy z nich to propozycja z Hiszpanii, drugi nakręcono w Meksyku. Mimo, że niestety nie znam hiszpańskiego, z radością oglądałem oba z oryginalnym dźwiękiem (choć oczywiście ze zrozumiałymi dla mnie napisami). Warto nie rezygnować ze śpiewnego i doskonale przekazującego emocje bohaterów języka. Filmy “spotkały się” ze sobą w katalogu Netflixa, więc gdy algorytm zaproponował mi je jeden po drugim – wiedziałem, że będzie to ciekawe doświadczenie. Sztuczna inteligencja nie zwiodła.

Hiszpańska “Veronica” zyskała na świecie znacznie większą popularność, może dzięki dość przystępnej dla miłośników horrorów tematyce i dopiskowi “oparto na prawdziwej historii”. Młodziutka bohaterka z dwoma koleżankami podczas zabawy z tabliczką ouija wywołuje ducha, który zaczyna ją prześladować. Banalnie? Na papierze może i tak, ale ta potrawa staje się smakowita dzięki przyprawom, a są nimi: rzeczywistość hiszpańskich nastolatków lat dziewięćdziesiątych, język, muzyka, duchowość. Dziewczyna sama opiekuje się młodszym rodzeństwem, matka jest całymi dniami w pracy, bohaterka zatem przejmuje jej obowiązki. To bardzo dzielna postać, której będziemy współczuć i kibicować. Na ścianach jej pokoju zobaczycie plakaty ultra-popularnego w Hiszpanii w latach 90. zespołu Heroes del Silecio, a ich piosenki pojawiają się w ścieżce dźwiękowej. Zresztą po premierze filmu kapela na zyskała spore grono nowych fanów (w tym i mnie). Zakończenia opowieści nie zdradzę, ale polecam opowieść o Veronice z Hiszpanii. Warto oglądać ją w skupieniu i wyłapywać smaczki: pisemko okultystyczne do zbierania w kiosku, brak komórek, niewidoma siostra zakonna, muzyka i wspomniane plakaty na ścianach… Jest w tym jakaś nostalgia. A może to po prostu ja, kto wie. Tak, czy inaczej, pierwsza “Veronica” to horror podszyty filmem obyczajowym, niegłupi, wrażliwy i z ciekawie wykreowaną bohaterką. Dotrwajcie do końca, gdy na ekranie pojawią się zdjęcia z prawdziwego śledztwa policji w sprawie inspirującej obraz!

“Veronica” z Meksyku to zupełnie inny rodzaj filmu. Surowy, oszczędny w środkach (kolory, muzyka, efekty) i bardzo głęboko psychologiczny. Po obejrzeniu raczej sytuowałbym go w okolicach thrillera niż horroru ze względu na brak czynnika paranormalnego. Mekyskańska “Veronica” jest jak gęsta czarna kawa. Niepokoi, budzi (oglądałem późno w senną letnią noc), powoli zaciska pętlę napięcia na szyi i gotuje nas jak przysłowiową żabę w garnku na małym ogniu. Przez większoś filmu obserwujemy tylko dwie postaci (trzecia pojawi się na chwilę w retrospekcjach), a napięcie między nimi stworzy wciągający pojedynek umysłów.
Fabuła jest dość prosta – do mieszkającej na odludziu i wycofanej ze świata zawodowego pani psycholog trafia pacjentka, przekazana przez profesora i mentora tej pierwszej, który zrezygnował z prowadzenia terapii. Dlaczego doświadczony lekarz dusz wycofał się z zadania? Kim jest dziewczyna i co skrywa za wielkimi czarnymi oczami? Polecam ten film, choć w przeciwieństwie do poprzednio opisywanego, nie jest tak łatwy w odbiorze: jest znacznie ciemniejszy i gęstszy.

Jaki wniosek z tej opowieści? Przypadkowa zbieżność imion może prowadzić do ciekawej filmowej podróży przez świat hiszpańskojęzyczny. Ich horrory są inne niż anglo-amerykańskie, tym ciekawsza jest to więc przygoda.

Na zdjęciu obie Weroniki podczas spotkania, którego nigdy nie było…

Zatem – adelante, przed ekrany!

B.