Nowe lata osiemdziesiąte

Jak często słyszycie “ech te wspaniałe lata osiemdziesiąte?”

Muzyka: najlepsza z lat osiemdziesiątych. Filmy akcji: oczywiście! Gry video: co za tytuły! I tak dalej, i tak dalej… Sam się często łapię na sentymentalnym rozważaniu o popkulturze “ejtisów”. Z tym, że nie mam do tego żadnych uprawnień, podobnie jak większość tęskniących i oddających się nostalgicznym wojażom nie pamiętam żadnych “ejtisów”, a to, do czego tęsknię ja i inni to tylko konstrukt złożony z wybranych elementów. Czas zepsuć sobie zabawę.
Neony, pięknie kanciaste futurystyczne maszyny, kolorowe ciuchy, syntezatorowe hymny, kreskówki i zabawki z Transformers i GI Joe. Wszystko super, ale jednak nie. Zachodnie zabawki pojawiły się na naszych półkach sklepowych w latach 90-tych, wcześniej zabawki tego typu można było raczej pooglądać na prospektach, które komuś udało się przywieźć zza granicy, albo przysłać w paczce. “Ejtisy” w Polsce nie należały do przyjemnych, a my odwołując się do mitycznych lat osiemdziesiątych wybieramy z nich to, co nam pasuje i wzbudza przyjemne mrowienie nostalgii. Tęsknimy do fikcyjnego konstruktu.

A teraz, kiedy zepsułem sobie i innym zabawę, przejdę do sedna. Nie ma sensu płakać po latach 80., nawet tych pięknie wyczyszczonych przez nostalgię z wad, bo… żyjemy w kolejnych.

Tak. Uważam, że właśnie teraz, na naszych oczach rozgrywają się drugie “ejtisy”, zatem zamiast tęsknić do czegoś czego albo nie pamiętamy dobrze, albo w ogóle, może lepiej jest chwycić się dzisiejszego dnia? Sprawa nie jest łatwa. Dla mnie, osoby po trzydziestce, dla starszych kolegów i koleżanek, ponieważ większość z nas już wypadła z gonitwy za nowościami i zaczyna powoli zjeżdżać do bazy o nazwie “kiedyś to było, a dziś to nie ma”. Otóż jest, inne, ale jest.

Zacznijmy od kina: na srebrnych ekranach superbohaterowie, seriale od ponad dekady stały się potężnym medium niosącym czasem zaangażowane, trudne i często bardzo ciekawe treści. Powracają uśpione tytuły, starzy giganci dostają nowe (nie zawsze gorsze, dajmy im szansę) szaty.

Gry video: w latach 90. i jeszcze na początku nowego wieku gry komputerowe w Polsce traktowane były jako rozrywka dla idiotów, odszczepieńców, dziwaków, piwniczaków i tak dalej. Oczywiście mam tu na myśli traktowanie tej gałęzi popkultury przez media (z wyjątkiem fantastycznej polskiej prasy komputerowej), nauczycieli, przerażonych rodziców, którzy ze strachem patrzyli jak ich dzieci grają w Doom czy Mortal Kombat. W mądrych tygodnikach opinii mogliśmy czytać psychologów prorokujących wyrastanie pokoleń psychopatycznych morderców, którzy ciosy z bijatyk będą przenosić do świata rzeczywistego. Jestem chyba najlepszym przykładem tego, że nie mieli racji, pozostając wciąż oddanym fanem obu tych franczyz i jednocześnie prowadząc naprawdę spokojne życie. Owszem, przygód nie brakuje, ale jakoś nikomu kręgosłupa nie wyrwałem.

Na zachodzie lata 80. to rozkwit gier video, wspaniały czas konsol, rodzących się gier komputerowych, salonów gier z kolorowymi maszynami pożerającymi drobne. W Polsce zresztą też można było choć troszkę doświadczyć tego klimatu w obwoźnych gralniach (pamiętacie automaty ustawione w wozach budowlańców?), salonach gier albo pojedynczych automatów w ośrodku na koloniach. Teraz gry komputerowe na całym świecie, także w Polsce, to potężny rynek. Z jednej strony powstają ogromne ilości ciekawych produkcji, z drugiej strony rozwijają się niezależne studia, gry sieciowe i te dla samotników. Gra komputerowa od dawna nie jest już tylko zabijaczem czasu – to medium, które może przekazać trudne i zaangażowane historie, wstrząsnąć nami równie mocno jak książka czy film. Do tego wciąż pojawiają się nowe urządzenia, kontrolery, wracają stare tytuły, a w miastach pojawiają się nowe odsłony salonów gier – salony VR.

Jeśli chodzi o muzykę – nie chcę przesadzać w analizie, bo przyznam, że nie do końca nadążam za obecnymi trendami. Widzę jednak kilka prawidłowości: pop jest znów do szpiku kości barokowy i kolorowy, metal i punk znów są w podziemiu, ale nie brakuje im oddanych fanów i własnych festiwali. Choć zinów już nie ma, są blogi, niezależne wytwórnie, zespoły wydające się samodzielnie, internetowe zbiórki, DIY trzyma się dobrze. Poza alternatywą w Polsce króluje oczywiście disco polo, które swoje korzenie pod względem harmonii i kompozycji ma bardzo silnie zanurzone w italo disco właśnie z lat 80. Przypadek? Moim zdaniem nie, po prostu tak wychyla się wahadło czasów. Tylko czekać, aż nadejdzie odpowiednik lat 90. i zatryumfuje pogrobowiec grunge’u, barok i impreza ustąpi miejsca refleksji i smutkowi. Atmosfera jest do tego dobra, bo podobnie jak w dekadach, do których nawiązuje, nie brakuje konfliktów, kryzysów i problemów ekonomicznych i społecznych.

Zatem wszystkich oddających się nostalgicznym podróżom do idealizowanych lat osiemdziesiątych polecam rozejrzeć się dookoła. Owszem, nie jest idealnie, nie jest to to samo, ale jednak żyjemy w wyjątkowo ciekawej dekadzie. Trochę przerażającej, bardzo szalonej i z pewnością dziwacznej. Nie odbieram nikomu prawa do miłych wspominek, sam to robię. Zachęcam jednak bardzo mocno: nie przegapmy nowych “ejtisów”, póki trwają.

B.