Mokry koniec

Patrząc na polski fandom trudno nie zauważyć naprawdę prężnego, wręcz potężnego frontu postapo. Zakonki, Old Town, popularność cyklu i uniwersum rosyjskiego Metro – to naprawdę duże zjawisko, można powiedzieć fandom w fandomie. Nurt na tyle silny, że mamy nawet postapokaliptyczny zespół metalowy Killsorrow, z którym kiedyś miałem okazję się spotkać. Swoją drogą chłopaki mają pomysł na siebie i trzymam za nich kciuki, ale nie o tym dziś. Jest jeden wspólny czynnik dla większości ikonicznych obrazów po upadku cywilizacji: pustynia. Oceany piasku znajdziecie w Mad Maxach, Falloucie, w teledysku Killsorrow, ikonografii… Można powiedzieć, że wraz z ciekawym ale rzadszym krajobrazem poligono industrial pustynia jest osobną bohaterką końca ludzkiego świata.

Tymczasem niedawno, w ramach nadrabiania zaległości, obejrzałem klasyczne już dzieło kina przygodowego: “Waterworld”. Film z 1995 roku był wtedy najdroższą produkcją świata (zdetronizuje go potem “Titanic”) i można z powodzeniem powiedzieć, że to Mad Max przeniesiony na wodę. Stopienie się pokryw lodowych spowodowało zalanie ludzkich miast, a ci co przetrwali, stworzyli na wrakach statków i pływających śmieciach przyczółki nowej cywilizacji, pełnej nowych mitów, podań o dawnych czasach i religii, gdzie sucha ziemia jest czymś wartości złota dla nas. Podczas oglądania naszła mnie myśl: to jeden z naprawdę niewielu filmów (A może jedyny? Poprawcie mnie w komentarzach!) gdzie bohaterką nie jest pustynia lub postindustrial, a właśnie woda. Dziwi mnie to o tyle, że patrząc na dziejące się na naszych oczach przemiany naszej planety oraz śledząc dyskusję na ostatnim szczycie klimatycznym w Katowicach dochodzę do wniosku, że właśnie ten scenariusz jest nam najbliższy.

Wszechobecna pustynia jest córką wojny jądrowej, której mimo wszystko prawdopodobnie nie będzie. Owszem, mamy potęgi, które taką broń mają, co jakiś czas drżymy przed tym by dostali ją w ręce terroryści. Jednak moim zdaniem znacznie bardziej prawdopodobne od manii wciskania czerwonego guzika jest to, że zwyczajnie ugotujemy sobie świat. Już to robimy, a zapraszając gości szczytu klimatycznego do Katowic (i chwaląc się między innymi gadżetami z węgla) Polska pokazała, że podgrzewająca się Ziemia wcale jej nie martwi. Mógłbym tu cytować obecnego i poprzedniego ministra środowiska, ale szkoda czasu. Jeśli chcecie się pośmiać przez łzy, zapraszam do poszukiwań ich cytatów, choćby wśród kandydatów na Naukową Bzdurę Roku.

Wielka Woda wydaje się obecnie być najrealniejszym scenariuszem. Podgrzewając planetę doprowadzimy do zalania jej tym, co obecnie skute jest lodem. Już teraz takie miasta jak Teheran borykają się z nieodwracalnymi zalaniami i zniszczeniami, a będzie tego tylko więcej. Zaleje nas woda, w której będziemy się gotować jak przysłowiowa żaba.

Polecam wrócić do Waterworld – to dobre przygodowe kino, bardzo efektowne, pełne komiksowych kreacji, dosłownie Mad Max na wodzie. Film to dobra rozrywka, ale i wizja, która może się ziścić, moim zdaniem jest bardziej prawdopodobna niż pustynny Wojownik Autostrady.

Na koniec dodam jeszcze ciekawostkę. W filmie pojawia się człowiek ewolucyjnie przystosowany do życia pod wodą: ma błony między palcami u stóp oraz skrzela. Tymczasem naukowcy badają z zachwytem populację ludzi z Sama-Bajau, którzy są wyjątkowo dobrze przystosowani do nurkowania. Morscy nomadzi mają nurkować nawet na 70 metrów bez specjalistycznego sprzętu. Wielu mówi, że to dowód na dziejącą się na naszych oczach ewolucję.

Czas nauczyć się pływać.

B.