Samotność i odkupienie, czyli recenzja filmu "High Life"

Idąc na ten film nie wiedziałem dosłownie nic. Rzuciłem okiem na prasową zapowiedź, jedno zdjęcie promocyjne, a zapowiadająca go pani w kinie powiedziała, że warto wytrzymać do końca dwie godziny by posłuchać ostatniej piosenki na napisach. Przyznaję, że nie brzmiało to jak zachęta, raczej tłumaczenie czegoś, co trzeba promować, ale nie do końca się chce. Zacznę zatem od końca – to film, którego fani SF nie powinni przegapić (a będzie to łatwe, bo promocji takiej jak hity Marvela nie będzie miał), bardzo polecam go także tym, którzy mają alergię na kosmos, brak realizmu i wszystko, co choć trochę zahacza o świat fantazji. To dramat psychologiczny w kosmicznym sztafażu. Naprawdę warto, a teraz do rzeczy – dlaczego warto.

Zanim zacznę: dystrybutor nadał temu obrazowi hasło “erotyczna odyseja kosmiczna”. Jestem mu bardzo wdzięczny, że ściąga do nas takie filmy, jednak mam wrażenie, że go nie oglądał albo nie zrozumiał. Nic bardziej mylnego.

 

Postaram się zdradzić jak najmniej fabuły: na statku kosmicznym, który pędzi przez przestrzeń w kierunku czarnej dziury znajduje się dwójka ludzi: mężczyzna oraz malusieńka dziewczynka. Po chwili dowiadujemy się, że są ostatnimi, którzy przeżyli z załogi wysłanej w beznadziejnej sprawie misji. Nie chcę zdradzać więcej, bo historia odkrywa się w tym filmie warstwami, zatem tu zakończę, ale musicie mi zaufać – warto.

Ci, którzy nie przepadają za kinem gatunków zarzucają mu ograniczenia wynikające z przyjętych konwencji. Nie mogę się z tym zgodzić. Gatunek jest pewną bazą, którą przyjmują twórcy, fundamentami, budulcem. Mając taki stelaż mogą na nim nadbudowywać rzeczy nowe lub realizować sprawdzoną konstrukcję. Podobnie jak wiele odcieni miewają westerny (“Truposz”, “To nie jest kraj dla starych ludzi” – uważam go za western), horrory (“Uciekaj”, “Mięso”), tak i science fiction potrafi zaskoczyć produkcjami, które zabierają nas w kosmos tylko dlatego by pokazać problemy dogłębnie ludzkie i ziemskie z dalszej, stelarnej perspektywy. Obok blockbusterów takich jak kolejne części “Star Trek”, “Gwiezdnych Wojen” czy właśnie opowieści z komiksowych uniwersów od lat powstają kosmiczne filmy w zupełnie innej tonacji. Nihilistyczno-hipisowski “Dark Star”, przejmujący “Moon”, czy zlokalizowane na Ziemi, a jednak sf: paranoiczne “Pi” i głęboko filozoficzny “Cube”.

“High Life” to właśnie przedstawiciel tego nurtu. Film toczy się w bardzo wolnym tempie, daje czas na przemyślenie tego, co dzieje się na ekranie i osądzenia motywacji bohaterów, która im dalej w las, tym mniej oczywista i bardziej realistyczna zarazem. Bo właśnie o tym jest ta historia: jak bardzo jesteśmy skomplikowani, jak łatwo jest osądzić, skazać (także na śmierć), odrzucić ze społeczeństwa i stracić (we wszystkich znaczeniach) drugiego człowieka. To także film o odkupieniu, odnalezieniu siebie poprzez miłość, tutaj ojcowską. Relacja wyrzutka z malutką dziewczynką oczyszcza go i otwiera przed bogactwem własnego serca. Sam nie mam dzieci, nie myślę też o nich w swoim życiu, jednak “High Life” jest ciekawym przykładem opowieści wyciągającej z codziennego trudu opieki i wychowywania także satysfakcję, wsparcie i wszelkie bogactwo takiego doświadczenia.

Sam tytuł filmu też daje do myślenia: “High Life” to z jednej strony życie wysoko, w gwiazdach, oddzielone od ziemskich spraw, z drugiej potoczne określenie luksusu. W tym wypadku wyjątkowo ironiczne, patrząc na los załogi statku.

Trudno jest nie zdradzać fabuły pisząc więcej, dlatego na koniec kilka słów o aktorach.

Robert Pattinson – zupełnie odkleił pozostałą po “Zmierzchu” łatkę mdłego lowelasa. Jego rola w “High Life” jest dojrzała, przemyślana i przeżyta. Jestem pod wrażeniem!

Juliette Binoche – jej postać jest wspaniale napisana i mogłaby sama wypełnić ten obraz. Aktorka zagrała genialnie, jej uroda to jedno, ale to kreacja postaci jest naprawdę potężna i nieoczywista.

Agata Buzek – tak jest, nasza polska Agata. Gra tutaj postać epizodyczną, jest na ekranie króciutko. Jej akcent angielski może troszkę boli, ale świat nie mówi przecież językiem z podręczników do nauki! Jej postać jest interesująca, ale to niestety niespożytkowany potencjał. Agata grać umie, co nie raz udowadniała na ekranie, a jej wygląd świetnie pasuje do sf – ma w sobie coś z androgyniczności Tildy Swinton, Davida Bowie’go. Buzek jest sama w sobie kimś obcym wśród obcych na filmowym statku. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś zawita do tego gatunku, bo ma potencjał, którego tutaj niestety nie mogła rozwinąć.

“High Rise” to film powolny, ciężki, gdzie kosmos jest dekoracją do pokazania głęboko ziemskiego dramatu samotności ludzi odrzuconych i poszukiwania odkupienia w miłości. Mógłby dziać się równie dobrze na statku dryfującym ku morskiemu wirowi, czy na zboczu góry w oczekiwaniu na lawinę. Kosmos jednak potęguje poczucie izolacji.

W Polsce film wejdzie do kin 15 marca. Nie przegapcie go.

B.