Niebo zwaliło się na głowę. "Iron Sky: The coming race" zawiodło

Niestety, spory zawód. Po wspaniałej części pierwszej apetyt na kampowe kino z porządnym budżetem i dystrybucją był jak najbardziej uprawniony. Po 5 latach niestety do stołu podano rozgotowane mięso. Po kolei, bez spoilerów.

Kiedy na ekrany w 2012 weszła pierwsza część byłem urzeczony. Naziści z kosmosu, teorie spiskowe, ostra satyra na wszystkich, wyśmianie politycznego porządku świata, diesel-punk w kosmicznym settingu, absurd do kwadratu i jako wisienka na tym cudownym deserze – muzyka od Laibach oraz rewelacyjny Udo Kier. “Combo breaker”, jakby to określili miłośnicy konsolowych i komputerowych naparzanek.

Film niestety nie doczekał się odpowiedniego uznania w kręgach recenzentów, ale z drugiej strony trudno się tego spodziewać w środowisku nadętych snobów, którzy od dawna muszą pisać zlecone przez dział sprzedaży peany dla dystrybutorów, niezależnie od tego co jest na ekranie. Iron Sky był niezależny i to niezależni docenili jego magię: maniacy kampu, dziwactwa, kina klasy B i wszystkiego co bizaryczne.

Natychmiast pojawiły się zapowiedzi kontynuacji, ruszyła internetowa zbiórka, w której zresztą wziąłem udział (koszulka za datek zdążyła się solidnie sprać czekając 5 lat na premierę). W końcu otrzymaliśmy film, który… nie spełnia oczekiwań. Dlaczego?

Po pierwsze autorzy postanowili stworzyć nową opowieść i zmienić setting. Z opowieści o kosmicznych nazistach przesiedliśmy się do wagonika uciekającego z walącej się kopalni Indiany Jonesa, dosłownie. Opowieść owszem, rozpoczyna się w bazie na Księżycu, wiele lat po tym jak po inwazji latających spodków i nuklearnej wojnie między sobą ludzie zmienili Ziemię w wymarły świat. Nie do końca wymarły, bo Rosjanie jakoś sobie poradzili i w ten sposób poznamy jedną z ważnych postaci pobocznych. Tym razem bohaterowie szukając ratunku dla ocalałej na Księżycu garstki ostatnich ludzi wyruszą w podróż do wnętrza Ziemi, gdzie jest drugi świat (jak u Juliusza Verne’a). Będą próbować wyrwać stamtąd jego energetyczne serce, które daje szansę na ratunek i odlot w kierunku nowych miejsc do życia. Oczywiście w podziemnym świecie są dinozaury, niebezpieczeństwa i zmiennokształtni reptilianie, którzy od tysiącleci kierowali ludzkością za pomocą swoich spisków.

To bardzo miło, że w jednym filmie połączono teorie spiskowe, dinozaury, kino akcji, nawiązania do “Indiany Jonesa i Ostatniej Krucjaty”, reptilian, Święty Graal, Aghartę, Shangri-Lę i wiele innych mitów, ale w tej mnogości niestety umknęło to, za co pokochaliśmy pierwszą część. Śmiech z absurdalnych i anachronicznych kosmicznych nazistów.

Owszem, jest tu mnóstwo ciekawych mrugnięć okiem: Kosmiczna baza kiedyś przypominała swastykę, teraz symbol dolara. Na jednej z jej ścian uważny widz dostrzeże pracę Banksy’ego. Jest tu kilkasmaczków.

Bohaterowie niestety są bardzo słabi, przede wszystkim Obi, protagonistka. Do złudzenia przypomina Michaela Burnham z “Star Trek Discovery” i niestety dzieli z nim wszystkie wady: sztywność, przezroczystość, nijakość. To postać, którą trudno polubić. Jej towarzysze niosą spory ładunek komizmu, ale w połowie filmu jakby pomysł na nich się skończył. Stają się nie tylko nieśmieszni, ale wręcz męczący.

Na szczęście jest Udo Kier, tym razem w podwójnej roli. Nie ratuje filmu, ale jest świetny jak zawsze. Muzyka Laibach także po raz kolejny “robi robotę”, a początkowe “Make Earth great again” nie pozostawia nikogo bez uśmiechu. Posłuchajcie koniecznie!

Niestety twórcy zbyt długo tworzyli ten film. Jego premierę zresztą przesunięto o pół roku, ale powinien ukazać się góra 2 lata po pierwszej części. Przez te 5 lat sporo umknęło i niestety zwyczajnie się zdezaktualizowało. Przykład? Ciekawy i zabawny wątek sekciarzy wyznających Steve’a Jobsa. Tak, to zabawne, ale kilka lat temu było znacznie śmieszniejsze, dziś wzbudza jedynie słaby uśmiech. Dziś Jobs jest martwy i znika z popkultury, a nowym “Mesjaszem” technologii i rozwoju jest Elon Musk, który ma swoich wyznawców. Jak wspominałem, główna bohaterka zdaje się być przepisana z Burnham, ale nie wierzę, że było to intencjonalne. Po prostu Iron Sky II się spóźnił. Podobnie zresztą w kwestii Hitlera i dinozaurów. Owszem, destrukcyjny pochód Fuhrera na tyranozaurusie Blondie jest świetny, ale to króciutka scenka i niknie w porównaniu choćby do “Kung Fury”, który premierę miał w 2015 roku. Kolejny ważny tekst popkultury zwyczajnie przegapiony przez twórców.

Iron Sky: The coming race to przykład filmu, który zbyt długo czekał, a gdy w końcu nadszedł okazało się, że już dawno zrobiono to, czego chcieliśmy i ktoś zrobił to niestety lepiej.

Na koniec SPOILER, ale i opinia – jak mogłoby być lepiej.

Warto doczekać do post-creditsów, gdzie zobaczymy rzut okiem na bazę na Marsie. Tak, na Czerwonej Planecie ktoś jest. Już wiecie kto – kosmiczni komuniści. Mają swoją bazę otoczoną obstawą Sputników. Super pomysł! Dlaczego nie zrezygnować z tego kulawego łączenia Jumanji, Indiany Jonesa i pierwszego Iron Sky na rzecz kosmicznej wojny między nazistami, a radziecką Rosją? To mogłoby zadziałać! Pamiętacie Dead Snow? W pierwszym zombie naziści ganiali młodych ludzi. W drugim żywi wezwali na pomoc zombie Armię Czerwoną. Efekt? Wspaniała naparzanka z humorem i makabrą. Chętnie obejrzałbym taką w kosmosie, zrealizowaną z efektami i rozmachem fińskich twórców Iron Sky. No i koniecznie z Udo Kierem (nie obchodzi mnie jak fabularnie wskrzeszą mu postać). To jednak marzenie ściętej głowy, bo raczej po tak słabym powrocie naziści z kosmosu odejdą w zapomnienie.

B.