Atomowa magia, czyli czym straszy nas tak naprawdę "Czarnobyl"

Jak pewnie większość z Was, właśnie oglądam serial “Czarnobyl” wyprodukowany przez HBO. Prawdziwej katastrofy pamiętać oczywiście nie mogę, bo urodziłem się zaledwie 3 lata przed nią (prawie dokładnie zresztą). Jednak, podobnie jak większość osób urodzonych w latach osiemdziesiątych, dorastałem w cieniu legendy tych wydarzeń. Rodzice opowiadali nam jak piliśmy (lub wypluwaliśmy – za co przepraszam Mamę) płyn Lugola, na podwórku czasem opowiadało się o tym co tam się stało, choć rzadko były to faktyczne informacje, częściej legendy miejskie.

Kolejka po płyn Lugola. Fot. East News, za Głosem Wielkopolskim

Teraz, 33 lata po tej tragedii, amerykański gigant, który jeszcze niedawno rzucał świat na kolana opowieściami o smokach, postanowił opowiedzieć historię wydarzeń znad Prypeci. To, czy zrobił to idealnie zgodnie z realiami dla mnie nie jest ważne, ponieważ chciałbym skupić się na tym, co dla miłośnika grozy jest istotne: czym ten serial straszy. Chętnym zgłębienia prawdy polecam tekst o tym jak prawdziwi uczestnicy akcji w Czarnobylu oglądali nowy serial.

Zaraz, zakrzykniecie słusznie, przecież to nie horror, nie ma tu niczego nadnaturalnego zatem nie ma też mowy o analizie tego narzędziami dostosowanymi do fantastyki lub właśnie filmów o duchach, potworach czy kosmitach. Owszem nie ma, ale jest coś innego, co wykracza poza ludzki świat.

Ukończony w 2016 roku nowy betonowy płaszcz, który zabezpiecza pozostałości po reaktorze nr. 4. – fot. Wikimedia Commons

W “Czarnobylu” zderzają się dwa światy: partyjno-urzędniczy, który chce za wszelką cenę uniknąć katastrofy wizerunkowej imperium rosyjskiego oraz wybuchu paniki z naukowym, który nie tylko chce zakończyć kryzys – chce go także zrozumieć. To w jaki sposób naukowcy próbują wytłumaczyć innym ludziom co tak naprawdę się wydarzyło i dlaczego nikt nie umie tego pojąć może przypominać objaśnianie magii. W końcu zagrożenia praktycznie nie widać, owszem jest pożar, jest gorąc, ale dlaczego ludzie są poparzeni stojąc daleko od ognia? Dlaczego po dotknięciu jakiegoś przedmiotu nagle pojawia się straszny ból, zaczerwienienie, a potem straszliwa choroba, która ostatecznie zabija? Czym są te niewidzialne cząsteczki co potrafią uszkodzić nasze DNA i skazać nas na nowotwór w perspektywie kilku lat?

Czysta czarna magia. Takie zresztą pojęcie maluje się na twarzach wielu bohaterów serialu, gdy słyszą od naukowców co się dzieje i co może nastąpić. Strażacy, górnicy, wojskowi, robotnicy ruszają do walki z czymś czego nie rozumieją, nie widzą, co gotuje im straszliwą śmierć w męczarniach lub odroczony wyrok. Z drugiej strony naukowcy próbując tłumaczyć to jak najjaśniej i szybko, by nie tracić czasu, sami zdają się dostrzegać dramat tego z jak skomplikowanymi siłami trzeba walczyć.

Inne skojarzenie towarzyszące oglądaniu to mit o Prometeuszu. Potęga mocy elektrowni i jeszcze większe zagrożenie, które niesie za sobą jej awaria zestawione z tragedią jednostek cierpiących w wyniku napromieniowania są bardzo bliskie opowieści o tym jak próbowano bogom wykraść ogień. Jak pamiętamy, śmiały tytan został ukarany w sposób wyjątkowo okrutny: wieczną męką sprowadzaną przez wyżerającego wątrobę orła. Cierpi przez wieczność za to, że dał ludziom potęgę ognia. Atom dał społeczeństwom gigantyczną moc, jednak katastrofa Czarnobyla (oraz Fukushimy) pozwala zrozumieć z jak wielką pokorą powinniśmy podchodzić do takich rozwiązań.

Zniszczenia w Fukushimie – Fot. Wikimedia Commons

Czy jestem przeciwko energii atomowej w Polsce – zapytacie? Jestem za. Technologia reaktora w Czarnobylu była używana jedynie w ZSRR, bo nie spełniała zachodnich norm bezpieczeństwa. Nad Prypecią doszło do tragedii także przez błędy ludzkie. Koszmar Fukushimy natomiast rozpoczął się od trzęsienia Ziemi i tsunami. Jakkolwiek oba te wydarzenia są przerażające (im więcej o nich się wie, tym bardziej) to jednak moim zdaniem nie oznaczają, że technologia ta jest gorsza od energetyki węglowej. Dodajmy do tego jeszcze kwestie emisji szkodliwych gazów i pyłów. Japonia od czasu Fukushimy importuje paliwa kopalne by nadrobić straty po elektrowni. Tym samym straciła wszystko, co udało jej się zmienić na lepsze w zakresie emisji od czasu wprowadzenia Protokołu z Kioto. Boję się atomu, jak pewnie każdy, kto nie ma świetnego wykształcenia w zakresie fizyki. Dla mnie to też czarna magia, jednak widzę w niej bezpieczniejszą alternatywę dla węgla, który jest samobójstwem gatunku w perspektywie kilku dekad.

Wróćmy do serialu. Jest tu jeszcze jeden ciekawy wątek: nauka kontra emocje. Oglądając naukowców, którzy próbują przekonać aparatczyków partyjnych do swoich propozycji rozwiązań oraz z drugiej strony przerażonych cywili, którzy łamią zasady bezpieczeństwa, byle być z bliskimi i im pomóc – przypomina mi dzisiejszy problem ze szczepieniami. W obliczu rosnącego przerażenia, a wręcz histerii antyszczepionkowej, argumenty lekarzy są coraz cichsze i przegrywają z silną amunicją emocji aktywistów spod sztandaru Justyny Sochy. Efekt? Strach jest jak zakaźna choroba, nikt nie chce skazywać dziecko na niepożądany odczyn lub spektrum autyzmu. Tylko czy ta groźba jest na poziomie 1:1? Czy rzeczywiście big pharma chce nas wszystkich “zakazić autyzmem”? Warto posłuchać tutaj lekarzy, na przykład Dawida Ciemięgi.

Jestem zaledwie po trzech odcinkach, a tyle refleksji. Z pewnością będzie ich więcej. Serial “Czarnobyl” jest świetnie zagrany, Jared Harris znów gra straceńca (jak w “Terrorze” oraz “Mad Men” – widocznie lubi takie role) i robi to wspaniale. Pozostałe postaci są ciekawe, narysowane z małymi detalami. Szczegóły zresztą uderzają także w scenografii. Samochody, ubrania, meble, wnętrza, nawet skórzane walizki – naprawdę odrobiono tu doskonale lekcję.

Kadr z serialu HBO.

Dla mnie ten klimat sowiecki, który pamiętam z dziecinnych wycieczek do starych ośrodków wczasowych czy najwcześniejszych wizyt w szpitalu dziecięcym na Litewskiej w Warszawie, jest straszliwie przytłaczający. Obserwując ten szary beton, brąz ubrań i kafli łazienkowych, zieleń klepek oraz farby w areszcie, żółć brudnych okien i przeżartych nikotyną zasłon – to wszystko składa się na emocjonalny walec, który rozjeżdża mnie, przygniata i strasznie drenuje. Ciekawe, bo przecież nie cierpiałem “za komuny”, dorastałem w zmieniającej się rzeczywistości, na pogodnym i zielonym jeszcze wtedy Natolinie. Kontakt z paletą tej przeszłości wywołuje we mnie jednak erupcję emocji: smutku, rezygnacji, beznadziei i takiego strachu, jaki pojawia się w budynku bez okien, w podziemnym korytarzu, którego oba krańce kryje ciemność, a nad tobą jest jedynie migająca umierająca szpitalna świetlówka. Czemu tak mam? Nie wiem.

Obejrzyjcie “Czarnobyl”, a przy okazji polecam Wam filmik, który miałem kiedyś przyjemność przeczytać jako lektor, gdy z Mateuszem Sadowskim rozkręcaliśmy video dla “Ale Historii!” Gazety Wyborczej.

Żegnam promiennie. Dobranoc.

B.