Nikogo nie ma w domu (bożym)

Bez gniewu o tym, jak nie spotkałem Boga w Ziemi Świętej.

“Jesteście na wycieczce w Izraelu” – wypowiedziane w półmroku, obniżonym głosem przez Michała Frydrycha. Pierwsze zdanie pierwszej sesji “Zewu Cthulhu”, które miało stać się początkiem wyjątkowej drogi (która trwa do dziś). Nie o niej jednak będę dziś pisał, do tego wrócimy w innym tekście. Zdanie to po dwudziestu latach zyskało nowe znacznie i stało się mottem podróży, która z pewnością otworzyła mi oczy na kilka spraw.

Witraż w sali kaplicy zbudowanej tam, gdzie miała mieć miejsce Ostatnia Wieczerza.

Wyjazd prasowy do Izraela miał pokazać dziennikarzom z całego świata, w tym Polski, jak wyglądają kwestie wspierania praw osób LGBT. Oczywiście przy okazji dowiedziałem się, że nie wszystko jest tak piękne i różowe jak chcieliby z pewnością chwalić się politycy. O tym przeczytacie na stronie Focus.pl, gdzie na co dzień piszę. Tutaj chciałbym zająć się czymś innym. Kiedy wyjeżdżasz na pewien czas z kraju, zmieniasz zupełnie towarzystwo, a nawet język, w którym mówisz i myślisz, zaczyna zachodzić swoisty remanent czaszki. Izrael to przecież “Land of creation”, jak promują go lokalne władze: ziemia stworzenia ludzkości, dla wierzących trzech wielkich monoteistycznych religii naznaczona obecnością Boga, a dla nauki jedno z bardziej pasjonujących miejsc-świadków wzlotów i upadków całych cywilizacji.

To niegdyś była jaskinia, w której rodzina miała swój grobowiec. Ciało składane było na płycie w środkowej części, wcześniej owinięte całunem. Po pewnym czasie, mniej więcej roku, wracano do niego gdy pozostawał wysuszony szkielet. Wtedy pozostałości, przede wszystkim czaszkę, umieszczano w jednej z widocznych na zdjęciu nisz. W podobnym grobie miało zostać po ukrzyżowaniu złożone ciało Jezusa Chrystusa. Zieleń i stoliki obok odkrytego historycznego grobu w Jerozolimie to… sąsiadująca z nim nowoczesna restauracja przy punkcie widokowym.

Tel Aviv to miasto nowoczesności, przyjazne społeczności LGBT, pełne klubów, muzyki, knajp, kipiące śródziemnomorską energią. Jerozolima jest jak ta druga poważna siostra, która skupia na sobie uwagę i zarazem krytykę wszystkich. Wymaga się od niej więcej i zawsze ocenia.

Gdy moi znajomi i rodzina dowiedzieli się, że jadę, część z nich nie kryła obaw: potencjalne zagrożenie akcji Hamasu z jednej strony, obraz policyjnego państwa z wojskiem i ostro uzbrojoną policją na każdym kroku – to obraz miasta, który znamy z telewizji, serwisów informacyjnych, internetu.

To tylko część prawdy. Podczas zwiedzania starego miasta przez bramkę wykrywającą niebezpieczne przedmioty przechodziliśmy tylko raz (a nie byliśmy jako dziennikarze traktowani specjalnie ulgowo), przed przejściem do placu przy Ścianie Płaczu. Usłyszałem zresztą przy niej od jednego z przewodników, że wojna w Syrii, Iraku oraz ISIS to kara boska za występowanie przeciw Izraelowi. To jeden głos, bo słyszałem też inne, podkreślające to, że nie wolno utożsamiać ludności Izraela z ich politykami. Coś w tym jest bo i ja nie chciałbym być wiązany mentalnym węzłem z PiS, PO oraz resztą polskiego politycznego cyrku. Nie chciałem interwencji polskiej w Iraku, wstydzę się sprawy więzień CIA na naszym terenie, wstydziłem się, gdy jako nastolatek rozmawiałem z rówieśnikiem z Serbii, który opowiadał mi o tym jak NATO zbombardowało mu szkołę. Nic nie jest proste, oczywiste, jednowymiarowe. Przy stołach, podczas takich podróży jak moja, siadają ludzie, a nie państwa i rządy. W takiej mikroskali da się znaleźć porozumienie nawet w bardzo trudnych sprawach.

Mężczyźni grający w jerozolimskiej knajpce w karty.

Jerozolima to ziemia święta, ciekaw byłem zatem czy jej legendarna atmosfera jakoś na mnie wpłynie i na nowo obudzi duchowość, która w ciągu kilku lat i przez różne etapy stała się zasuszonym listkiem trzymanym jako zakładka w książce o chemii. Bazylika Grobu Świętego jest imponująca, jako dzieło sztuki. Jeszcze większe wrażenie robią tłumy wiernych modlących się na Miejscu Czaszki, dotykających granitowej płyty, która symbolizuje miejsce złożenia ciała Chrystusa zaraz po zdjęciu z krzyża. To ludzie nadają danemu miejscu wymiar magiczny i mistyczny. Podobnie jest zresztą przy grobie króla Dawida. Większość odwiedzających w skupieniu żarliwie się modli, ale widziałem też jednego ortodoksa studiującego pismo i gryzącego jednocześnie kabel słuchawek podłączonych do smartfona. Nie widzę w tym niczego złego, ot nowoczesność mruga okiem nawet w prastarym grobie biblijnego pogromcy Goliata. Jestem przekonany, że podobna atmosfera skupienia i obcowania z autentyczną boskością może panować pod złotą Kopułą na Skale, tam jednak nie dotarłem.

Wnętrze Bazyliki.

Nasz przewodnik opowiedział nam o tak zwanym “syndromie jerozolimskim”. Polega na tym, że dana osoba porzuca swoje dotychczasowe życie i osiada w Jerozolimie nauczając i przekonując, że doznała religijnego objawienia i jest następnym prorokiem/mesjaszem.

“Po trzech tygodniach w zakładzie psychiatrycznym najczęściej wracają do domu” – zakończył opowieść nasz przewodnik mrugając okiem. Anegdota ta jednak nie padła w żadnym z religijnych miejsc, była zarezerwowana na czas później.
Moim zdaniem duże nagromadzenie silnie wierzących w daną ideę, religię czy cel osób zamienia ludzi w gigantyczną żywą baterię, która promieniuje – oczywiście w przenośni. Znajdując się w miejscu, o które przez tysiące lat zabijały się kolejne pokolenia z pewnością poczułem siłę religijności i duchowości. To robi wrażenie i warto tego doświadczyć. Boga jednak nie znalazłem.

Wychowano mnie w katolicyzmie, rytuały przejścia przeszedłem do bierzmowania włącznie. Potem doszło do stopniowego załamania, choć przyznaję, że bardzo chciałem wierzyć. Przekonanie, że świat ma sens, że zarządza nim byt lepszy od nas, dla którego warto się starać – to może być bardzo dobra motywacja do bycia dobrym, moralnym i tak dalej. Wiara rzadko pada od jednego ciosu, raczej umiera etapami rozłożonymi na lata. U mnie było podobnie.

Kiedy ksiądz przyspieszył spowiedź, bo spieszył się do zebrania pieniędzy na tacę.

Kiedy po wybudowaniu wielkiego kościoła na Natolinie, przy Bażantarni, służąca jako świątynia przez wiele lat kaplica (i miejsce mojej pierwszej komunii i bierzmowania) została wynajęta jako magazyn sklepu oferującego glazurę i biały montaż.

Kiedy w miejscu konfesjonału stanął toaletowy kompakt, a tam gdzie był krzyż i ołtarz pojawiła się kabina prysznicowa reklamowana przez tekturową modelkę. Kiedy zawiedziony katolicyzmem szukałem odpowiedzi i ciekawostek w okultyzmie i znalazłem jedynie ryzyko wbicia się w pułapkę autosugestii prowadzącą do szaleństwa.

Kiedy wreszcie psychiatra przepisał mi leki na depresję i przekonałem się, że nasze charaktery, myśli i samopoczucie to seria procesów elektrochemicznych, które można dowolnie modyfikować dodając elementy reakcji. Oczywiście mogłem się przekonać o tym znacznie wcześniej, gdybym pił alkohol, ale wątpię czy doszedłbym do podobnych wniosków.

Wtedy właśnie duchowość stała się martwym suchym liściem między stronami doświadczeń.

Na obu rękach mam wytatuowane trójkąty. W prawym widać oko kota, w lewym mgławicę kosmiczną. To forma wyrażenia mojej duchowości, a właściwie zachwytu nad światem bez duchów. Światem chemicznym, materialnym, poznawalnym i jakże pięknym. Piękno to możesz dostrzec w rzeczach małych (kot) jak i wielkich (mgławica). Jak na górze (mgławica) tak i na dole (kot), prastara alchemiczna zasada.

Nie jest to sposób postrzegania świata, którym chciałbym kogokolwiek zarażać. Ma on swoje dobre strony, bo umiem docenić skomplikowanie i piękno świata. Jest jednak cień, dojmująca konieczność rozpadu i jeżąca włosy na karku entropia. Każda reakcja ma swój czas, a potem kończy się i przeobraża. Podobnie jak kosmos, jak my sami. Dlatego niestety nie mam nadziei na jakiekolwiek “po”. Mam tylko to co tu i teraz.

Koziorożce capra ibex szukające pożywienia w pobliżu drogi (zdjęcia z okna busa). W tle Morze Martwe.

Podróż do Izraela pozwoliła mi zobaczyć jak to moje “tu i teraz” jest wynikiem przypadku. Świadomość ulokowana akurat w tym ciele, urodzonym w Warszawie, w 1983 roku. Młodość w wielkim europejskim mieście, w czasach, gdy do kraju wchodził kapitalizm ze swoimi wadami, ale także zaletami, które dziecko widziało w postaci pojawiających się (szybciej lub wolniej) zabawek, gier, komputerów, nowych kanałów w telewizji.

Nie mam żadnej zasługi własnej w tym, że miałem tyle szczęścia, co uświadamia mi na przykład spojrzenie po drodze przez pustynię na młodego chłopaka z beduińskiego obozu, który wypasa na pustyni kozy. Mamy tak ogromnie różny zakres możliwości, pod każdym względem, że bywa to wręcz przygniatające. Mogę oczywiście porównać się także do najbogatszych miliarderów, ale nie o to chodzi.

Mój ostatni zachód słońca w Jerozolimie.

Podróże potrafią nauczyć także niezbędnej pokory i świadomości, że to co mamy najczęściej nie wynika tylko z tego ile mamy talentu, charyzmy czy siły. Miliardy kostek domina, losowo rzucone szklane kulki na wiecznie chwiejącą się tacę by raz za razem się zderzać, a potem oddalać. Zbliżać i rozchodzić. Wielka, potężna i nieodgadniona losowość rzeczy.
W tej nieogarniętej machinie jesteśmy po stronie kota, nie mgławicy. Ledwo dostrzegalni, malutcy i ulotni, jak sekunda w ciągu całego roku. Możemy jednak mimo tego być piękni, nawet jeśli świadomi swego absolutnego braku znaczenia.

B.

Jerozolima, 2019