Do trzech razy sztuka, czyli refleksja po 3. sezonie "Stranger Things"

Nie będzie spoilerów.

Na wstępie zaznaczę, że wypowiem się tylko i wyłącznie z jednostkowej pozycji fana serii. Nie recenzenta, dziennikarza, eksperta, ale tylko i wyłącznie fana, który właśnie skończył finałowy odcinek serialu. Zatem jeśli się ze mną nie zgadzasz – świetnie, napisz o tym w komentarzu na Facebooku, albo do mnie bezpośrednio, podyskutujmy, powymieniajmy się myślami. Nie chcę psuć twojej zabawy. Wystarczy, że moją mi zepsuto.

Pierwszy sezon był jak cios łopatą w nerki z zaskoczenia. Nagle trafiłem na produkt popkultury, który wydawał się uszyty na moją miarę. Choć oczywiście nigdy nie wiedziałem idealizowanych w nim lat osiemdziesiątych w USA naprawdę (urodziłem się w innym czasie, w innym kraju) to jednak trafiał idealnie w czułe punkty sentymentu.

Drużyna frajerów, tajemnice, fantastyka, neony, sporo ciepła dla eRPeGowców, mocna dawka lovecraftowskiego horroru i ta przepiękna oprawa muzyczna! Tego nie dało się nie pokochać, dlatego stwierdziłem, że nie tylko muszę obejrzeć całość – wykupiłem subskrypcję na portalu streamingowym, który stworzył serial. Chciałem, żeby Netflix dostał moje pieniądze na kolejną odsłonę. Gęsta fabuła, bez niepotrzebnych przestojów, ale i z wyważonymi zastrzykami dramatu i komedii. Czasem uśmiech, czasem łezka w oku, często napięcie i mocne trzymanie się kołdry (tak, oglądałem go w łóżku). Na koniec wybuchowy finał. Było idealnie, z pewnością zadziałał skomasowany efekt świeżości, połechtanie nostalgii, wszystko naraz.

Drugi sezon nie zawiódł oczekiwań: wciąż horror z elementami młodzieżowymi, krztynką komedii, dramatu, ale w dobrych proporcjach. Demogorgona zastąpiły demopsy, pojawili się nowi bohaterowie, ale generalnie formuła została niezmieniona. W środku serii pojawił się poboczny wątek z ucieczką bohaterki do “wielkiego miasta”. Otworzyło to ciekawe drzwi do fabuły następnych sezonów, ale autorzy nie zdecydowali się iść tą drogą. Wątek został pogrzebany, serial do końca pozostał przy starej formule. Dobrze, choć miałem nadzieję, że w trzecim sezonie ten wątek powróci i może się rozwinie.

Trzecia część opowieści stawia przede wszystkim na emocje. Horroru jest znacznie mniej, w palecie przeważa komedia i dramat. Osią fabuły są de facto trzy historie (dzieciaki kontra mindflayer, dzieciaki kontra Rosjanie, dorośli kontra Rosjanie), które zazębiają się na ostatnie 2-3 odcinki i to w sposób szyty wyjątkowo grubymi nićmi. Przypomina to wyczyn desperackiego Mistrza Gry RPG, który nie ma siły prowadzić trzech niesfornych drużyn na raz w różnych lokacjach i decyduje się je w końcu połączyć by zakończyć fabułę. Zakończenie sentymentalnie jest oczywiście mocne, ale dla mnie nie przebiło ładunkiem ani pojedynku El z Demogorgonem, ani balu szkolnego z drugiego sezonu.

Za to od początku serialu wątek radziecki był okrutnie nietrafiony. Oczywiście dzięki niemu można było wprowadzić postać rosyjskiego Terminatora (aż nazbyt wyraźne nawiązanie, jakby wpychanie nam na siłę czwartego deseru), zupełnie nieśmieszny dowcip na temat stereotypowej skłonności Rosjan do wódki i pozwolić bohaterom biegać w różne strony przez kilka odcinków tak naprawdę nie posuwając fabuły w żadną ze stron.

Strata czasu. Historię z trzeciego sezonu można by spokojnie pokazać bez tego wątku. Wystarczył fakt, że podczas zamykania bramy w finale “dwójki” część Złego została w naszym świecie. Już. Potem ciągnąć wątek zakażania przez niego kolejnych osób, używanie ich jako awatarów i wreszcie stworzenie mięsnej broni masowej zagłady na swój obraz i podobieństwo. Naprawdę cały wątek centrum handlowego, podziemnej bazy, wojskowego eksperymentu i sowieckiego Arniego mógłby zniknąć i nie stracilibyśmy na fabule. Kto wie, może zwolniłoby się miejsce na więcej ciekawszych wątków.

Staram się sobie tłumaczyć kształt i przebieg trzeciego sezonu: ludzie kochają komedie i dramaty, horror zawsze będzie w odwodzie, fani domagali się więcej postaci Erici Sinclair (którą ja najchętniej uśmierciłbym po 3 sekundach na ekranie, ani śmieszna, ani ciekawa), badania zapewne pokazały, że piosenki dobrze idą, więc trzeba wpakować ich jeszcze więcej (finałowe śpiewanie przez bohaterów podczas pościgu… trochę żenujące), nawiązania też fajne, więc walmy nimi. Nei zabrakło też nachalnej kryptoreklamy (Burger King – jak w polskich serialach – prosto w ryj!). Fabuła jakoś sama się zrobi.

Cóż. Nie zrobi się. Co więcej, potrzeba wyrazistych bohaterów, którzy byli obecni w pierwszych 2 sezonach, a w trzecim stali się mocno przezroczyści. Narzekam, bo nie umiem się bawić? Jestem dziadem co krzyczy na chmury, że czas płynie i kłóci się z nieuchronnymi zmianami? Może i tak, nie wykluczam. Wolałem jednak gdy “Stranger Things” było mroczniejsze i bliższe horrorowi. To moje środowisko naturalne i czuję się jednak oszukany, że skręcono w stronę młodzieżowej komedyjki do puszczania o 14:00 w sobotę.

To oczywiste, że powstanie czwarty sezon. Obejrzę go, choć nie będę na niego tak czekał jak na drugi i trzeci. Teraz raczej będę obawiał się, że Netflix zdecyduje się przeżreć i zarżnąć wyhodowany z taką maestrią (na początku) produkt. Zupełnie jak serialowy Mindflyer, pożre pół miasteczka i stanie się obleśną górą mięsa. Niestety bez formy, ani śmieszną, ani straszną. Nijaką.

Może jednak tak się nie stanie? Za jedno pozostaję wdzięczny. Dzięki trzeciemu sezonowi znów na szerokie wody mainstream’u wypływa muzyka Phillipa Glassa, którego kocham od czasu, gdy w liceum koleżanki zabrały mnie do kina Iluzjon na “Koyaanisqatsi”. To jednak inna historia, o której chętnie napiszę innym razem.