Nieustający bal maskowy, czyli co zrobiliśmy z prawdą

Z pewnością nie przeczytasz tego tekstu do końca.

Przynajmniej nie za pierwszym razem, bo podobnie jak my wszyscy jesteś zalatany/na, a gdy znajdzie się wolne nie chcesz się martwić.

 

Problem w tym, że czy chcesz, czy też nie, jesteś częścią czegoś ogromnego, czego ani ty, ani ja, ani chyba nawet sami twórcy tego nie rozumiesz, nie ogarniasz i co najgorsze: nie masz nad tym kontroli. Czy to coś ma nad tobą kontrolę? Ten tekst jest prośbą byś zadał/a sobie to pytanie i zanim udzielisz odpowiedzi, zastanowił się, co w ostatnich tygodniach, miesiącach, latach pomagało ci podejmować decyzję. Już chyba wiesz o czym mówię.

Aubrey Beardsley – Masquerade, Wikimedia Commons

Dlaczego taki temat na blogu o tym, co doprowadza do wściekłości pojedynczego faceta w jakimś kraju, w jednym wycinku starego kontynentu? Bo zawsze zaczyna się to od pojedynczych osób. Świat społeczny, w którym żyjemy i budujemy relacje, to świat jednostek. Połączonych, ale jednostek. Każdy z własnym profilem, kontem, zdjęciem, awatarem, sposobem opowieści o sobie. Internet pozwala nam na kreowanie się, snucie opowieści o tym kim chcemy być, by inni mogli ją przeczytać. Efekty bywają oczywiście różne, ale można powiedzieć, że spora część ludzkości żyje na nieustającym balu maskowym.

Najzabawniejsze na tymże balu jest to, że wielu z nas wydaje się, że nasz maski są idealnie szczelne, kreacja kompletna (jak często nieświadoma?) i w pełni przez nas kontrolowana. Czy na pewno?

Erich Fromm napisał w słynnej “Ucieczce od wolności” następujące słowa:

“Nowoczesny człowiek żyje w iluzji, że wie, czego pragnie – gdy tymczasem pragnie dokładnie tego, czego się od niego oczekuje, że będzie pragnął.”

Książka Fromma, która powinna być znacznie częściej analizowana i przywoływana niż jest to obecnie, dotyczy tego w jaki sposób Niemcy uległy fascynacji nazizmem, w jaki sposób naród o bogatej historii i potężnej kulturze z głębokimi tradycjami humanizmu dał się uwieźć nienawiści, ksenofobii i dążeniu do wojny. Jeśli nie czytaliście, koniecznie po nią sięgnijcie, bo w czasach cyfrowych społeczeństw zyskuje dodatkowe konteksty i staje się potężnie aktualna.

Extra Fabulous Comics

Tymczasem wielu z nas żyje w przekonaniu o swoim własnym rozsądku, wyważeniu i solidnym podejściu do faktów. Każdy chętnie chwali się wyczuleniem na kłamstwo i umiejętnością wykrycia i odrzucenia propagandy tych lub tamtych grup interesu. Jedni cieszą się z pancerza chroniącego przed “katofaszystami”, inni chwalą parasolem chroniącym przed “zboczeńcami i agentami na pasku obcych sił”. Myślę, że rozpoznajecie polaryzację, o której piszę. Jest ona obecna nie tylko w Polsce, ale i wielu innych nowoczesnych społeczeństwach. Umożliwia skuteczne rządzenie i de facto, moim zdaniem, zabija demokrację sprowadzając dyskusje społeczną do pokrzykiwania i rzucania w siebie najpierw inwektywami, potem cegłami.

Cyfrowy świat, w którym każdy/a z nas jest zanurzony/a nie pozwala uciec od takich podziałów i sporów. Mechanizmy ich budowania i zarządzania są fascynujące. Tak, użyłem słowa “zarządzanie” celowo. Wiem, brzmi to już jak teorie spiskowe, zatem część z was może przestać czytać dalej z myślą “odpłynął facet”. Macie do tego święte prawo, ale zachęcam do pozostania.

Pracuję w mediach od 11 lat, zdążyłem się napatrzyć, naczytać, nasłuchać.

Czy naciskano na mnie bym pisał/mówił rzeczy pod tezę, naginał fakty?

Nigdy w kwestiach polityki, nigdy w kwestiach news’ów.

Czy spotkałem się ze zlecaniem materiałów przez siły polityczne?

W redakcjach, w których pracowałem nie – nikt mi nie zlecał, co więcej, zawsze podkreślano konieczność przedstawienia wszystkich stron danego konfliktu.

Czy spotkałem się ze zlecaniem materiałów przez biznes?

Tak, nazywa się to “reklama natywna”, a w istocie jest reklamą udającą rzetelny dziennikarski. Takie teksty powstają w większości redakcji internetowych i papierowych, są zlecane przez działy sprzedaży i akceptowane przez klientów. Dziennikarze rzadko podpisują je własnymi nazwiskami. Teksty takie powinny być oznaczone, że powstały przy współpracy z daną firmą lub są reklamą natywną, zatem jeśli coś czytacie – zawsze warto sprawdzić czy nie ma takiego odnośnika. Można go łatwo wyłapać także w ten sposób, że w danym materiale “eksperckim” jest przedstawiciel tylko jednej marki i dziwnym trafem zachwala jej produkt lub usługę. Bądźcie czujni.

Czy politycy w Sejmie naprawdę tak się kłócą?

Tylko gdy włączone są mikrofony i kamery. Gdy te znikną panowie i panie są doskonałymi znajomymi, którzy razem jedzą obiady, żartują, umawiają się na wieczorne spotkania. Na szczeblu lokalnym, na szczeblu sejmowym, gdy znikną obiektywy i sitka mikrofonów zaczyna się sympatyczna atmosfera, w której przypięte do klap znaczki partyjne często tracą ostrość kolorów. Zresztą, z pewnością pamiętacie najgłośniejsze transfery polityczne ostatnich lat, często na drugą stronę barykady i z powrotem. Nie powinno nikogo to dziwić, bo od symbolu ugrupowania ważniejsze jest miejsce na liście, jakiejkolwiek, która pozwala zostać w gmachu przy ulicy Wiejskiej lub innych podobnych, gwarantujących doskonałą zdolność kredytową i późniejszą przyszłość w radach nadzorczych lub jako konsultant, doradca, lobbysta i tak dalej.

Media kreują opinie, gusta, wywołują nastroje społeczne, dlatego politycy tak chętnie po nie sięgają. Telewizja Polska pod rządami Jacka Kurskiego jest jednym z doskonałych tego przykładów. Jednak ją ławo wyłączyć, podobnie jak TVN, Polsat, Superstację, Radio Maryja, TokFM, RMF, Zet, zależnie od tego kto wam przeszkadza. Wyłącznik jest po waszej stronie.

Co jednak jeśli nie chcecie wyłączyć?

Co gdy środowisko, w którym otrzymujecie informacje jest sprzężone z innymi, z których wcale nie chcecie rezygnować?

Tutaj trafiamy do świata społeczeństw cyfrowych. W sieci w tych samych miejscach dyskutujemy o polityce, sprzedajemy przedmioty, dzielimy się ważnymi chwilami życia, chwalimy dziećmi, prosimy o wsparcie w kłopotach, przeżywamy gorycz porażek, radość sukcesów. Jednocześnie mamy z tym sprzężone aplikacje kont bankowych, komunikatory, pocztę, dostęp do mediów audio i video. Prawie cała sfera społeczno-kulturowo-ekonomiczna zamknięta w cyberprzestrzeni.

Nie, nie jest to kolejny tekst o tym, że Facebook to samo zło, a Mark Zuckerberg jest tyranem. Nie zachęcam was także do wyłączenia się ze świata i ucieczki na bezludną wyspę by hodować kozy i chodzić w łapciach z łyka. Zachęcam was do refleksji.

W 2018 przez świat przetoczyła się afera związana z Cambridge Analytica, która dziś wydaje się być historią z przeszłości. Niestety nie jest.

W skrócie: firma zajmująca się doradzaniem politykom skorzystała z masy danych dostarczonej przez wielu posiadaczy (największym był Facebook, ale nie jedynym) by sprofilować niezdecydowanych wyborców. Dzięki profilom psychologicznym i odpowiednim manipulacjom, bombardowaniem konkretnymi kampaniami i informacjami w portalach społecznościowych mogła przekonać nieprzekonanych do konkretnej opcji. Skorzystali z tego zwolennicy Brexitu dzięki stronie Leave.EU, skorzystał sztab wyborczy Donalda Trumpa. Afera oparła się o Kongres USA, Parlament Wielkiej Brytanii i pokazała, że nowoczesne demokracje nie mają praw, które mogą zabezpieczyć obywateli przed zagrożeniami. De facto internetowe megakorporacje są ponad państwami narodowymi. Witacie w cyberpunku.

Ludzie zaangażowani w ten projekt nie zniknęli. Część z nich już ma pracę w kampanii Donalda Trumpa na 2020 rok.

Polecam gorąco obejrzenie dokumentu “The Great Hack” utorstwa Netflixa, który bardzo ciekawie pokazuje kulisy tej sprawy. Najciekawsze tam jest to, że przed afera Cambridge Analytica pracowała z politykami innych krajów, między innymi Trynidadu i Tobago. Byli szalenie skuteczni, co niestety wywołuje jeszcze większy niepokój. Nikt się tym nie przejmował. Dopiero gdy w grę weszły interesy USA, Wielkiej Brytanii i Unii Europejskiej zaczęło być głośno. Niestety kolonializm wciąż jest żywy, ale to temat na osobną dyskusję.
Zostanę przy cyfrowym świecie. Netflix, który dokument firmuje, jest także elementem tej gry. Pozycjonuje swoje propozycje filmów dla nas korzystając ze wszystkiego co im o sobie powiemy, a mówimy naprawdę wiele, bez żadnej refleksji.

Ten tekst także zamieszczam w sieci po to by zobaczyły go boty Google’a, zareklamuję go na Facebooku, będę wykorzystywał możliwości świata cyfrowego by doszedł do jak największej liczby osób.

Z tego balu maskowego nie da się uciec, oddaliśmy dawno temu naszą wolność za opłaty zbliżeniowe, śmieszne filmiki, playlisty piosenek i seriali. Jednak w czasach, gdy można wykorzystać nasze własne cyfrowe kostiumy do stworzenia smyczy, na której ktoś poprowadzi nas w stronę tego lub innego autorytaryzmu trzeba być bardzo uważnym. Nie mówię o skrajnej paranoi i czapeczkach z folii.

Obejrzyjcie “The Great Hack”, zastanówcie się co podpowiada wam Google, Netflix, Facebook i inne. Niedawno wszyscy najwięksi gracze social media przyznali się, że spisują nasze rozmowy głosowe na komunikatorach. Kto z was korzysta z Alexy, Siri czy asystenta Google’a?

Nie nakłaniam do paranoi, nie chce uruchamiać mechanizmów ucieczkowych. Wszyscy w tym jesteśmy, zanurzeni po uszy, ja też. Uważajmy na siebie na wzajem. Nie dajcie się wodzić za nos, polaryzować, zapędzać jedni na drugich. Rozmawiajcie i słuchajcie, starajcie się zrozumieć. Nie myślcie memami, obrazkami z sieci, cytatami polityków, demagogów, biznesmenów, trenerów osobistych i religijnych guru.

“Nie daj się omotać byś zaczął zabijać,
żadna idea nie jest warta życia” – Kazimierz Staszewski

B